Tag: memphis grizzlies

  • Westbrook i Kings kończą koszmar. Koniec fatalnej passy Sacramento

    Westbrook i Kings kończą koszmar. Koniec fatalnej passy Sacramento

    Smutek musi mieć swój kres. Dla Sacramento Kings trwał on dokładnie szesnaście meczów – czyli tyle, ile nigdy wcześniej w historii tej franczyzy. W poniedziałek 23 lutego 2026 roku w Memphis, na parkiecie FedExForum, koszykarze z Kalifornii w końcu poczuli smak zwycięstwa. Pokonali tamtejszych Grizzlies 123:114, zdejmując z siebie ciężar rekordowo długiej serii porażek.

    To była wygrana potrzebna jak powietrze. Nie zmienia ona dramatycznej sytuacji Kings, którzy z bilansem 13-46 wciąż są najsłabszą drużyną ligi. Ale na jedną noc pozwoliła zapomnieć o frustracji i dała iskierkę nadziei. Szczególnie, że przyszła na wyjeździe, gdzie Sacramento w tym sezonie wygrywało niezwykle rzadko – to dopiero czwarty ich triumf w trzydziestu wyjazdowych potyczkach.

    Jak przebija się przez mur? Kluczowy finisz Kings

    Mecz przez trzy kwarty był niezwykle zacięty i wyrównany. Obie drużyny strzelały w pierwszej połowie z ponad 54% skutecznością z gry, a Kings prowadzili po drugiej kwarcie zaledwie dwoma punktami (63:61). Trzecią część spotkania Sacramento rozpoczęło od wyraźnego przyspieszenia, odprowadzając Memphis na bezpieczną, dwucyfrową odległość po serii 18:6. To wtedy zdobyli przewagę, której już nie oddali.

    Prawdziwy test przyszedł w ostatnim, decydującym akcie. Gdy wynik był napięty, a Grizzlies próbowali ostatniego szturmu, doświadczenie i zimna krew zawodników Kings okazały się bezcenne. To wtedy, przy prowadzeniu 92:89, ruszyła decydująca ofensywa gości. W ciągu kilku minut rozegrali oni efektowną akcję 15:4, która praktycznie przypieczętowała ich zwycięstwo.

    Finałem tego rajdu był rzut za trzy punkty Russella Westbrooka. Jego celny traf z dystansu nie tylko powiększył przewagę, ale także symbolicznym gestem przypieczętował koniec koszmaru dla Sacramento. Ten kosz okazał się gwoździem do trumny ambicji gospodarzy.

    Bohaterowie nocy: Westbrook, Achiuwa i wsparcie z ławki

    Gdy potrzeba było lidera, Russell Westbrook stanął na wysokości zadania. Weteran poprowadził Kings do zwycięstwa, notując 25 punktów, 7 asyst i trafiając trzy razy z za łuku. Jego agresywna gra, zwłaszcza w kluczowych momentach czwartej kwarty, była nie do zatrzymania. To on nadał rytm atakom swojej drużyny, gdy wynik wisiał na włosku.

    Równie istotną, choć może mniej widowiskową rolę, odegrał Precious Achiuwa. Jego dwudziestoma dwoma punktami i dwunastoma zbiórkami Kings odpowiedzieli na największą słabość tego wieczoru – brak wysokości w składzie Grizzlies. Żaden z aktywnych tego wieczoru graczy Memphis nie był wyższy niż 208-centymetrowy GG Jackson. Achiuwa bezwzględnie to wykorzystał, zdobywając już w pierwszej połowie imponujące 14 punktów i 11 zbiórek.

    Nie zabrakło też solidnego wsparcia. DeMar DeRozan dołożył 19 punktów, a prawdziwym odkryciem finiszu okazał się Daeqwon Plowden. On również wpisał na swoje konto 19 „oczek”, z czego aż 10 padło w decydującej czwartej kwarcie. Jego energia i trafne decyzje w końcówce były nieocenione. Dwóch cyfr (10 punktów, 13 zbiórek) dorzucił także Maxime Raynaud, który zdominował podkoszowe potyczki.

    Po stronie Memphis najlepiej prezentował się Javon Smalls (21 punktów, 9 asyst, 6 zbiórek), a wsparcia udzielili mu Olivier-Maxence Prosper (17 punktów) oraz GG Jackson (16 punktów). Nie starczyło jednak sił, by zatrzymać głodnych zwycięstwa Kings.

    Kontekst porażek i zwycięstwa: dwa różne światy problemów

    Zwycięstwo Sacramento, choć ważne psychologicznie, jest tylko kroplą w morzu ich tegorocznych problemów. Kings od dawna są skazani na grę o przyszłość, testując młode talenty i kombinacje, mając najgorszy wynik w całej NBA. Ich ostatnia wygrana, przed tą w Memphis, sięgała zamierzchłego 16 stycznia i spotkania z Washington.

    Co ciekawe, w podobnej sytuacji znaleźli się ich rywale. Memphis Grizzlies, którzy przed meczem zajmowali 11. miejsce na Zachodzie z bilansem 21-35, to drużyna zdziesiątkowana przez kontuzje. W kadrze tego wieczoru brakowało aż ośmiu kluczowych zawodników. Mecze takie jak ten są dla nich przede wszystkim szansą na sprawdzenie głębi składu i dawanie minut rezerwowym.

    To właśnie te okoliczności – brak centrów u Grizzlies i głód zwycięstwa u Kings – zadecydowały o ostatecznym rozstrzygnięciu. Sacramento wykorzystało przewagę fizyczną pod koszem, a ich weterani wzięli na siebie odpowiedzialność w momencie krytycznym.

    Co dalej z Kings? Jedna jaskółka nie czyni wiosny

    Złamanie pasa szesnastu porażek to bez wątpienia moment oczyszczający dla klubu, kibiców i przede wszystkim samych zawodników. Pozwala odetchnąć i złapać wiatr w żagle przed finiszem sezonu. Nie zmienia jednak faktu, że dla Kings jest to sezon katastrofalny, który już dawno przestał toczyć się o cokolwiek poza draftową loterię i rozwój młodych graczy.

    Wygrana w Memphis pokazała jednak, że w tym zespole wciąż tkwi charakter. Umiejętność skupienia się, znalezienia sił na finisz i zamknięcia trudnego meczu to cechy, nad którymi wiele drużyn w lidze wciąż pracuje. Dla tak młodego i przebudowywanego zespołu jak Kings, doświadczenie takiego zwycięstwa – zdobytego w trudnych, wyjazdowych warunkach – jest bezcenną lekcją.

    Kluczowe pytanie brzmi: czy uda się zbudować na tym choćby małą serię? Czy może ten jeden, tak bardzo wyczekiwany triumf, pozostanie tylko pięknym, odosobnionym wspomnieniem w morzu porażek? Odpowiedź przyniosą najbliższe spotkania.

    Podsumowanie

    Mecz w Memphis nie przejdzie do historii NBA jako wielkie, ligowe wydarzenie. Było to starcie dwóch drużyn z dolnej części tabeli, zmagających się z własnymi, poważnymi problemami. Dla Sacramento Kings miało jednak znaczenie ogromne, wręcz terapeutyczne.

    Złamanie najdłuższego pasa porażek w historii franczyzy to kamień milowy, choć pewnie nie ten, o jakim marzyli przed rozpoczęciem sezonu. Pokazuje jednak, że nawet w najtrudniejszym okresie można znaleźć siłę, by walczyć. Wysiłek Russella Westbrooka, dominacja Preciousa Achiuwy pod koszem oraz zimna krew w końcówce przyniosły upragniony rezultat.

    Dla Grizzlies to kolejna porażka w sezonie naznaczonym plagą kontuzji. Dla Kings – pierwszy promyk słońca po długiej, zimnej nocy. W koszykówce, tak jak w życiu, po każdej serii niepowodzeń musi w końcu nadejść dzień, gdy wszystko zaczyna się układać. W Memphis właśnie taki dzień nadszedł dla Sacramento.

  • Wreszcie! Sacramento Kings przerywa koszmarną serię porażek

    Wreszcie! Sacramento Kings przerywa koszmarną serię porażek

    Szesnaście kolejnych porażek. Szesnaście tygodni frustracji, wątpliwości i próby znalezienia jakiegokolwiek światełka w tunelu. Dla Sacramento Kings ten ciąg negatywnych wyników stał się już najdłuższą serią przegranych w historii franczyzy. Przerwał ją dopiero wtorkowy (23 lutego 2026) wyjazdowy mecz z Memphis Grizzlies. Zwycięstwo 123:114 nie tylko przyniosło wytchnienie, ale i odrobinę nadziei w sezonie, który do tej pory był pasmem niepowodzeń.

    Kontekst: sezon walki i kontuzji

    Aby zrozumieć wagę tego triumfu, trzeba spojrzeć na tabelę. Przed tym spotkaniem Kings mieli bilans 12 zwycięstw i 46 porażek, co dawało im niechlubne miano najsłabszej drużyny ligi. Ostatnie zwycięstwo odnieśli… 16 stycznia, pokonując Washington Wizards. Od tamtej pory przyszła seria 16 porażek z rzędu, w tym także 16 przegranych na wyjeździe. Presja rosła z każdym tygodniem.

    Po drugiej stronie parkietu sytuacja też nie była kolorowa. Memphis Grizzlies, z bilansem 21-35, borykało się z prawdziwą plagą kontuzji. W tym meczu na liście niezdolnych do gry figurowało aż ośmiu zawodników, w tym gwiazdor Ja Morant, który opuścił już czternasty mecz z powodu problemów z łokciem. Ta absencja zmusiła trenerów do sięgnięcia po nietypowe, bardzo młode i – co kluczowe – niskie składy. Żaden z aktywnych tego wieczoru Grizzlies nie był wyższy niż 6'9" (GG Jackson).

    Klucz do zwycięstwa: dominacja pod koszem

    Ta dysproporcja wzrostowa okazała się decydująca. Kings, prowadzeni przez Preciousa Achiuwę, dosłownie zdominowali strefę podkoszową od pierwszych minut. Już w przerwie Achiuwa miał na koncie dominację (22 punkty, najwięcej w zespole), a cała drużyna Sacramento zgromadziła aż 20 punktów z drugiej szansy. To właśnie agresywne zbieranie ofensywnych piłek (16 punktów z drugiej szansy tylko w pierwszej kwarcie) dało gospodarzom problem nie do ogarnięcia.

    • Do końca trzeciej kwarty Kings prowadzili w zbiórkach aż 39:21.* Achiuwa samodzielnie wyłapał 7 ofensywnych zbiórek, a jego kolega z frontu, Maxime Raynaud, dołożył do tego 13 zbiórek w całym spotkaniu. Fizyczna przewaga była tak wyraźna, że mimo dobrej gry w szybkim tempie i skuteczności w przechwytach (Memphis odnotowało 10+ przechwytów już siódmy mecz z rzędu), Grizzlies nie mieli szans w walce pod tablicami.

    Bohaterowie nocy w barwach Kings

    Oczywiście, sama dominacja pod koszem nie wystarczyłaby bez skutecznego finalizowania akcji. Tu na pierwszy plan wyszedł doświadczony Russell Westbrook. Weteran, który w tym sezonie często przejmował rolę lidera, znów poprowadził swój zespół do zwycięstwa. Zdobył 25 punktów (najwięcej w drużynie), zaliczył 7 asyst i trafił trzy razy zza linii trzech punktów. Szczególnie istotna była jego trójka, która przypieczętowała kluczową, 15:4 podaż Kings w czwartej kwarcie, przy 8:45 do końca gry.

    • Wsparcie przyszło z różnych stron.* DeMar DeRozan, kolejny weteran, dołożył stabilne 19 punktów. Prawdziwym zaskoczeniem i iskrą z ławki okazał się jednak Daeqwon Plowden. Młody zawodnik rzucił 19 punktów, z czego aż 10 w decydującej czwartej kwarcie. To właśnie jego gra, w połączeniu z energią Achiuwy i zimną krwią Westbrooka, pozwoliła Sacramento utrzymać nerwową przewagę w końcówce.

    Przebieg meczu: nerwówka z happy endem

    Mecz od początku był ofensywną ucztą. W pierwszej połowie obie drużyny strzelały z efektywnością powyżej 54%, a Kings na przerwę schodzili z zaledwie dwupunktowym prowadzeniem (63:61). Memphis, dzięki szybszemu tempu, nawet na chwilę wyszło na prowadzenie w trzeciej kwarcie.

    Odpowiedź Kings była jednak natychmiastowa i miażdżąca. Odpalili serię 18:6, która dała im pierwsze dwucyfrowe prowadzenie w meczu. Do ostatniej kwarty wchodzili z trzypunktową przewagą (92:89). A potem przyszła ostateczna rozgrywka.

    Przy prowadzeniu 94:91 Kings odpalili druzgocące 10:0 w ciągu zaledwie 60 sekund. Plowden zaczął od "czteropunktowej akcji" (trafiony rzut za 3 punkty i faul), Malik Monk dorzucił "trójpunktówkę", a Westbrook przypieczętował tę serię kolejnym celnym rzutem z daleka. Memphis próbowało jeszcze odrobić straty, skracając do siedmiu punktów (108:101), ale kolejne trafione trójki Plowdena i Westbrooka ostatecznie pogrzebały nadzieje gospodarzy.

    Co dalej? Oddech, ale nie koniec drogi

    To zwycięstwo to przede wszystkim ogromna ulga psychologiczna dla całej organizacji Sacramento Kings. Przerwanie tak bolesnej serii, i to na wyjeździe, może dać zawodnikom zastrzyk wiary we własne siły. Pokazuje też, że mają w składzie zawodników, którzy potrafią wygrać mecz – Westbrook, DeRozan, Achiuwa.

    Nie zmienia to jednak faktu, że sezon dla Kings jest już praktycznie stracony. Bilans 13-46 nadal jest najgorszy w lidze, a celem na ostatnie jego tygodnie będzie raczej dalsze budowanie chemii, rozwój młodych talentów i unikanie powtórki z koszmaru szesnastu porażek z rzędu.

    Dla Memphis to kolejna gorzka lekcja w sezonie naznaczonym kontuzjami. Młodzi zawodnicy, jak Javon Small (21 punktów, 9 asyst) czy Olivier-Maxence Prosper (17 punktów), znów musieli wziąć na siebie ciężar gry, ale brak fizycznych aspektów i doświadczenia w decydujących momentach okazał się zbyt dużym wyzwaniem. Ich walka o play-offy w Zachodniej Konferencji stała się teraz jeszcze trudniejsza.

    Podsumowanie

    Mecz w Memphis nie był pięknym widowiskiem w stylu "showtime", ale za to był pełen charakteru i determinacji ze strony gości. Sacramento Kings, wykorzystując swoją siłę fizyczną i doświadczenie kluczowych graczy, w końcu mogli cieszyć się z wygranej. Po szesnastu porażkach z rzędu nawet najbrzydsze zwycięstwo smakuje jak najsłodszy deser. Dla kibiców Kings to chwila, na którą czekali ponad miesiąc. Dla ligi to przypomnienie, że w NBA – nawet w najtrudniejszym sezonie – żadna seria porażek nie trwa wiecznie.

  • Magia NBA w Berlinie: Grizzlies kontra Magic w historycznym starciu

    Magia NBA w Berlinie: Grizzlies kontra Magic w historycznym starciu

    Memphis Grizzlies zmierzyli się z Orlando Magic w pierwszym w historii meczu NBA rozegranym w ramach sezonu zasadniczego w Berlinie. Spotkanie, które odbyło się 15 stycznia 2026 roku w Uber Arena, przyciągnęło uwagę fanów na całym świecie, podkreślając rosnącą popularność ligi w Europie.

    Kluczowe Informacje o Meczu

    • Data i Godzina: 15 stycznia 2026, 20:00 CET (14:00 ET)
    • Miejsce: Uber Arena, Berlin, Niemcy
    • Transmisja: Prime Video (USA), lokalne kanały (inne regiony)
    • Stawka: Mecz sezonu zasadniczego NBA

    Powrót Wagnerów i Triumf Magii

    Mecz ten miał szczególne znaczenie dla braci Wagnerów – Moritza i Franza – którzy są częścią drużyny Orlando Magic i pochodzą z Niemiec. Moritz Wagner powrócił do gry po długiej przerwie spowodowanej zerwaniem więzadła krzyżowego, a Franz Wagner, mimo wcześniejszych wątpliwości co do jego udziału z powodu kontuzji kostki, został dopuszczony do gry. Ich obecność na parkiecie w rodzinnym kraju była "pełnym okręgiem" i spełnieniem marzeń z dzieciństwa.

    Orlando Magic, mimo początkowych problemów i niepewnej formy, zdołali pokonać Memphis Grizzlies wynikiem 118-111. Kluczowe okazało się wzmocnienie składu po stronie Magic, w tym powrót kluczowych graczy, co pozwoliło im przełamać serię nierównych wyników.

    Historia i Wydarzenia Pozameczowe

    To historyczne wydarzenie było częścią szerszej inicjatywy NBA mającej na celu promocję ligi w Europie, obejmującej również mecze w Londynie, Manchesterze i Paryżu w kolejnych latach. Uber Arena, mogąca pomieścić 17 000 widzów, była świadkiem pierwszego meczu sezonu zasadniczego NBA w Niemczech, choć wcześniej odbywały się tam mecze towarzyskie i przedsezonowe.

    Poza samym spotkaniem, NBA zorganizowało "NBA House" – centrum fanowskie oferujące interaktywne atrakcje, spotkania z legendami ligi, konkursy i możliwość zobaczenia Pucharu Larry’ego O’Brienda. Odbyły się również inicjatywy społeczne NBA Cares, kliniki koszykarskie dla młodzieży oraz programy rozwoju dla trenerów i sędziów.

    Kluczowe Postacie i Statystyki

    Mecz ten zgromadził na trybunach wiele znanych postaci, w tym niemieckie legendy koszykówki jak Dirk Nowitzki, a także gwiazdy piłki nożnej. Dla Orlando Magic kluczowi byli Paolo Banchero, Moritz i Franz Wagner, a także Desmond Bane, który mierzył się ze swoją byłą drużyną. Memphis Grizzlies musieli sobie radzić bez swojego lidera, Ja Moranta, który był wykluczony z gry z powodu kontuzji łydki.

    Pomimo osłabienia Grizzlies, mecz był emocjonujący. Orlando Magic, mimo że byli faworytami, musieli walczyć o zwycięstwo, które przypieczętowało ich sukces w tym europejskim tournée.

    Źródła

  • Koszykarska noc pełna emocji: Show Shaia, dramat w Memphis i koszmar w Nowym Jorku

    Koszykarska noc pełna emocji: Show Shaia, dramat w Memphis i koszmar w Nowym Jorku

    No i mamy kolejną noc w NBA, która pokazuje, dlaczego ta liga nigdy się nie nudzi. Z jednej strony mamy pokaz absolutnej dominacji, z drugiej – nerwową walkę do ostatniego gwizdka, a gdzieś pomiędzy to wszystko… no cóż, totalną katastrofę jednej z drużyn. Zaczynajmy od tego, co było chyba najczystsze koszykarsko.

    Usunąć twierdzenie o MVP lub zmienić na „jeden z liderów ligi”. Usunąć lub zweryfikować wynik; nie ma potwierdzenia w dostępnych źródłach., a Shai był tego głównym architektem. Statystyki? 40 punktów, 11 asyst, 7 zbiórek. Brzmi imponująco, ale to nie oddaje tego, jak to wyglądało. On trafił 16 rzutów z 19 prób. Prawie każdy jego pomysł był dobry. Thunder zaczęli mecz serią 7:0 i właściwie już po pierwszej kwarcie, którą wygrali 38:18, było wiadomo, jak to się skończy. Giannis Antetokounmpo zrobił, co mógł (19 punktów, 14 zbiórek), ale przeciwko takiej maszynie ofensywnej to po prostu nie wystarczyło. Thunder wygrali siódmy z ośmiu ostatnich meczów i wyglądają po prostu groźnie.

    A teraz przenieśmy się do Memphis, gdzie emocji było pod dostatkiem. Atlanta Hawks pokonali Grizzlies 124:122 w spotkaniu, które mogło się potoczyć w dowolną stronę. Liderem Hawks był Jalen Johnson, który zdobył 32 punkty i 15 zbiórek. „Trafił kluczowy rzut na 40 sekund przed końcem, dając prowadzenie Hawks w końcówce (124-122 ostatecznie)”., dając jej oddech. Coś niesamowitego – w tym meczu prowadzenie zmieniało się 21 razy, a remis było aż 14 razy! Memphis miało ostatnią szansę, ale rzut Ja Moranta za trzy równo z syreną nie trafił. Zweryfikować serię porażek Hawks; jeśli błędne, usunąć. A Luke Kennard, były gracz Grizzlies, świetnie wszedł do gry, trafiając swoje pierwsze sześć rzutów. Takie mecze się pamięta.

    I teraz… no cóż, czas na coś, co trudno nawet nazwać normalnym meczem. Podawać wynik z ostrożnością: Knicks pokonali Nets 120-66, kończąc serię porażek. Tak, przeczytaliście dobrze. Różnica 54 punktów. Usunąć – nie jest to najwyższe zwycięstwo w historii Knicks. Nets po prostu się kompromitują. Trafili tylko 29% rzutów z gry. Mieli prowadzenie… raz. Przez jakieś 30 sekund na początku, gdy było 6:4. Potem Knicks po prostu ich zmiażdżyli. Dla zespołu z Brooklynu to była największa lekcja pokory w tym sezonie. A Knicks? Oni potrzebowali takiego meczu jak powietrza. Mieli za sobą serię czterech porażek z rzędu i ogólnie fatalną passę. Jalen Brunson podobno zwołał zamknięte spotkanie zawodników przed tym meczem, mówiąc, że czas wziąć odpowiedzialność na siebie. Widać, że zadziałało, choć pewnie pomógł też poziom rywala.

    A co działo się w innych halach? Usunąć lub zweryfikować wynik., a liderską robotę zrobił Jaylen Brown z 30 punktami. Detroit Pistons, nawet bez Cade’a Cunninghama, pokonali New Orleans Pelicans 112:104, a Jalen Duren zaliczył 20 punktów i 15 zbiórek. Usunąć lub zweryfikować., a Scottie Barnes znów błysnął 23 punktami. Usunąć lub zweryfikować., ale najciekawsze było to, że LaMelo Ball zaczął mecz z ławki i… trafił tylko 1 rzut z 15 prób. To był po prostu nie jego dzień.

    Podsumowując tę noc: mieliśmy jeden występ na absolutnym, mistrzowskim poziomie (dziękujemy, Shai), jeden mecz, który oglądało się z zapartym tchem do ostatniej sekundy (Memphis, brawo) i jedno spotkanie, które… no, lepiej żeby gracze Nets o nim szybko zapomnieli. Taka właśnie jest NBA. Zawsze coś się dzieje.

    Źródła