Wieczór w NBA przyniósł kilka mocnych oświadczeń i jeszcze więcej rozczarowań. Jeśli szukaliście spokojnej, przewidywalnej kolejki, to trafiliście źle. To była jedna z tych nocy, gdzie tabela się trzęsie, a faworyci muszą uważać. Zacznijmy od tego, co działo się w Minneapolis, bo tam emocji nie brakowało, i to z wielu powodów.
Usunąć informację o przełożeniu i strzelaninie, gdyż nie jest potwierdzona. Kiedy w końcu zagrano go w niedzielę, atmosfera była… no, powiedzmy, że specyficzna. Usunąć atrybuowany cytat, gdyż nie jest zweryfikowany. A na parkiecie? Cóż, jego zespół nie okazał specjalnego współczucia rywalom.
Warriors po prostu rozbili Timberwolves. I to dosłownie. Po wyrównanej pierwszej połowie, gdzie Wilki schodziły do szatni ze stratą tylko jednego punktu, trzecia kwarta należała wyłącznie do gości. Golden State wykorzystał 59% swoich rzutów z gry, a Timberwolves jakby zapomnieli, jak się gra. Kończyło się to miażdżącym 111:85. Curry, jak to Curry, poprowadził swój zespół z 26 punktami, 7 asystami i 4 przechwytami. Moses Moody świetnie wsparł go z ławki, dorzucając 19 punktów. Anthony Edwards próbował dźwigać Minnesotę na swoich barkach (32 punkty, 11 zbiórek), ale sam nie dał rady. To już piąta porażka z rzędu dla Timberwolves, ich najdłuższa seria od ponad trzech lat. Wojownicy tymczasem zbliżają się do czołówki Zachodu.
A teraz przejdźmy do prawdziwych wpadek. Usunąć określenie „aktualni mistrzowie” lub poprawić na „Oklahoma City Thunder”., grali u siebie z Toronto Raptors. I przegrali. 101:103. Co gorsza, stracili zwycięstwo w ostatnich minutach. Thunder prowadzili dwa punkty na niecałe 2:30 do końca, a potem… potem Immanuel Quickley z Raptors stał się bohaterem nocy. Wbił dwie kluczowe trójki z rzędu, które odwróciły losy gry. OKC miało ostatnią szansę, ale blok Scotta Barnesa na Checie Holmgrenie i nieskuteczne rzuty wolne Jamala Sheada przypieczętowały ich los. Shai Gilgeous-Alexander zaliczył solidne 24 punkty, ale to nie wystarczyło. To druga porażka z rzędu i trzecia w pięciu ostatnich meczach dla Thunder. Czy to powód do alarmu? Może jeszcze nie, ale na pewno do zastanowienia.
Jeśli myśleliście, że to już koniec dramatu, to znaczy, że nie widzieliście, co wyprawiali San Antonio Spurs. Grali z New Orleans Pelicans, którzy są… no, delikatnie mówiąc, nie w najlepszej formie w tej chwili. A jednak Spurs znaleźli sposób, żeby przegrać. I to w iście spektakularny sposób. Najpierw pozwolili na 19-punktową stratę. Potem, co jest godne pochwały, odrobili ją całkowicie i nawet wyszli na prowadzenie 92:87 w czwartej kwarcie. I wtedy się zatrzymali. A właściwie cofnęli. Pelicans odpalił serię 17:2 i wyrwał zwycięstwo 104:95. Victor Wembanyama miał 16 punktów i 16 zbiórek, ale jego skuteczność nie była oszałamiająca. Poprawić na „Trener Gregg Popovich” lub usunąć, jeśli niepotwierdzone., że jego zespół nie dopasował się do fizycznej gry rywali od początku. To łagodne stwierdzenie. Dla polskich kibiców smutna wiadomość: Jeremy Sochan znów nie zagrał. Plotki o transferze do Nowego Jorku nie milkną.
Reszta wieczoru też miała swoje akcenty. Detroit Pistons po prostu zmasakrowały Sacramento Kings 139:116. Cade Cunningham popisał się 29 punktami i 11 asystami, a Kings przegrali już piąty raz z rzędu. Los Angeles Clippers nie pozostawili żadnych wątpliwości, rozgramiając Brooklyn Nets 126:89. James Harden w pierwszej kwarcie zdobył tyle samo punktów (14) co cała drużyna Nets! Kawhi Leonard dokończył dzieła z 28 punktami.
Usunąć informację o odwołanych meczach, gdyż nie jest zweryfikowana., która uniemożliwiła bezpieczny dojazd.
Podsumowując, to była noc, która pokazała, że w NBA żadna pozycja w tabeli nie jest dana na zawsze. Warriors dają sygnał, że wracają do gry. Thunder i Spurs dostają bolesne lekcje pokory. A cała liga z zapartym tchem czeka na kolejne rozstrzygnięcia. Ciekawe, kto następny zaskoczy, a kto rozczaruje.

