Kategoria: NBA

  • Magia NBA w Berlinie: Grizzlies kontra Magic w historycznym starciu

    Magia NBA w Berlinie: Grizzlies kontra Magic w historycznym starciu

    Memphis Grizzlies zmierzyli się z Orlando Magic w pierwszym w historii meczu NBA rozegranym w ramach sezonu zasadniczego w Berlinie. Spotkanie, które odbyło się 15 stycznia 2026 roku w Uber Arena, przyciągnęło uwagę fanów na całym świecie, podkreślając rosnącą popularność ligi w Europie.

    Kluczowe Informacje o Meczu

    • Data i Godzina: 15 stycznia 2026, 20:00 CET (14:00 ET)
    • Miejsce: Uber Arena, Berlin, Niemcy
    • Transmisja: Prime Video (USA), lokalne kanały (inne regiony)
    • Stawka: Mecz sezonu zasadniczego NBA

    Powrót Wagnerów i Triumf Magii

    Mecz ten miał szczególne znaczenie dla braci Wagnerów – Moritza i Franza – którzy są częścią drużyny Orlando Magic i pochodzą z Niemiec. Moritz Wagner powrócił do gry po długiej przerwie spowodowanej zerwaniem więzadła krzyżowego, a Franz Wagner, mimo wcześniejszych wątpliwości co do jego udziału z powodu kontuzji kostki, został dopuszczony do gry. Ich obecność na parkiecie w rodzinnym kraju była "pełnym okręgiem" i spełnieniem marzeń z dzieciństwa.

    Orlando Magic, mimo początkowych problemów i niepewnej formy, zdołali pokonać Memphis Grizzlies wynikiem 118-111. Kluczowe okazało się wzmocnienie składu po stronie Magic, w tym powrót kluczowych graczy, co pozwoliło im przełamać serię nierównych wyników.

    Historia i Wydarzenia Pozameczowe

    To historyczne wydarzenie było częścią szerszej inicjatywy NBA mającej na celu promocję ligi w Europie, obejmującej również mecze w Londynie, Manchesterze i Paryżu w kolejnych latach. Uber Arena, mogąca pomieścić 17 000 widzów, była świadkiem pierwszego meczu sezonu zasadniczego NBA w Niemczech, choć wcześniej odbywały się tam mecze towarzyskie i przedsezonowe.

    Poza samym spotkaniem, NBA zorganizowało "NBA House" – centrum fanowskie oferujące interaktywne atrakcje, spotkania z legendami ligi, konkursy i możliwość zobaczenia Pucharu Larry’ego O’Brienda. Odbyły się również inicjatywy społeczne NBA Cares, kliniki koszykarskie dla młodzieży oraz programy rozwoju dla trenerów i sędziów.

    Kluczowe Postacie i Statystyki

    Mecz ten zgromadził na trybunach wiele znanych postaci, w tym niemieckie legendy koszykówki jak Dirk Nowitzki, a także gwiazdy piłki nożnej. Dla Orlando Magic kluczowi byli Paolo Banchero, Moritz i Franz Wagner, a także Desmond Bane, który mierzył się ze swoją byłą drużyną. Memphis Grizzlies musieli sobie radzić bez swojego lidera, Ja Moranta, który był wykluczony z gry z powodu kontuzji łydki.

    Pomimo osłabienia Grizzlies, mecz był emocjonujący. Orlando Magic, mimo że byli faworytami, musieli walczyć o zwycięstwo, które przypieczętowało ich sukces w tym europejskim tournée.

    Źródła

  • Cooper Flagg: Od Cudownego Dziecka do Gwiazdy NBA w barwach Dallas Mavericks

    Cooper Flagg: Od Cudownego Dziecka do Gwiazdy NBA w barwach Dallas Mavericks

    Cooper Flagg, młoda sensacja NBA, szybko wspina się po szczeblach kariery w barwach Dallas Mavericks. Pomimo młodego wieku i wyzwań związanych z przebudową zespołu, Flagg już teraz pokazuje potencjał, by stać się jednym z najbardziej kompletnych graczy w lidze, zdobywając uznanie zarówno kibiców, jak i ekspertów.

    Kluczowe Wnioski

    • Cooper Flagg jest najmłodszym debiutantem w NBA, który zdobył 40 punktów w jednym meczu.
    • Pomimo początkowych wątpliwości, jego wszechstronność i wpływ na grę zyskują coraz większe uznanie.
    • Mavericks budują przyszłość zespołu wokół Flagg’a, dając mu dużą swobodę w rozwoju.

    Droga do Gwiazdorskiego Statusu

    Cooper Flagg, mimo zaledwie 19 lat, już teraz wykazuje niezwykłą dojrzałość na parkiecie. Jego debiutancki sezon w Dallas Mavericks, choć naznaczony kontuzjami kluczowych graczy i problemami kadrowymi, stał się platformą do jego błyskotliwego rozwoju. Młody zawodnik, określany mianem "Maine Event", imponuje wszechstronnością, łącząc umiejętności punktowania, rozgrywania, zbiórek i obrony na elitarnym poziomie. Jego dynamiczne wejścia pod kosz i efektowne wsady szybko podbiły serca fanów, a statystyki, mimo pewnych niedociągnięć w rzutach za trzy punkty, plasują go w czołówce wśród debiutantów.

    Wyzwania i Potencjał

    Sezon debiutancki Flagg’a to nie tylko indywidualne sukcesy, ale także walka o stabilizację w trudnym środowisku. Złamany skład, kontuzje i zawirowania w zarządzie Mavericks stanowią wyzwanie dla młodego gracza. Jednakże, jego zdolność do adaptacji i ciągłego doskonalenia jest niezaprzeczalna. Trenerzy i eksperci podkreślają jego potencjał do stania się "pięciogwiazdkowym" graczem, zdolnym do gry na każdej pozycji. Nawet były mistrz NBA, Tony Allen, przyznał, że był w błędzie co do oczekiwań wobec Flagg’a, chwaląc jego wszechstronność i potencjał na gwiazdę.

    Unikalny Model Rozwoju

    Dallas Mavericks przyjęli nietypowe podejście do rozwoju swojego młodego talentu. Zamiast narzucać sztywny schemat, klub pozwolił Cooperowi Flagg’owi i jego bliskiemu kręgowi, w tym długoletniemu trenerowi Mattowi MacKenzie, przejąć kontrolę nad jego treningami i regeneracją. To podejście, choć ryzykowne, przynosi efekty. Flagg jest zachęcany do podejmowania inicjatywy, eksperymentowania i uczenia się na błędach. Ta swoboda pozwala mu na szybsze przyswajanie wiedzy i budowanie pewności siebie, co jest kluczowe dla jego długoterminowego rozwoju w lidze.

    Przyszłość Mavericks

    Z Cooperem Flagg’iem na czele, Dallas Mavericks widzą światełko w tunelu. Po burzliwych zmianach i rozczarowaniach, klub stawia wszystko na młodego zawodnika, mając nadzieję na powtórzenie sukcesów z ery Dirka Nowitzkiego. Jego obecność na parkiecie, nawet w obliczu trudności, daje zespołowi jasny kierunek i nadzieję na zbudowanie potęgi na miarę najlepszych drużyn w lidze. Pozostaje pytanie, czy organizacja zdoła otoczyć go odpowiednimi graczami, aby w pełni wykorzystać jego nieprzeciętny talent.

    Źródła

  • Wembanyama mówi głośno: odrzucił próby uciszenia go przez Spurs

    Wembanyama mówi głośno: odrzucił próby uciszenia go przez Spurs

    Nie każdy dzień w NBA to tylko koszykówka. Czasami rzeczywistość wkracza na parkiet, a zawodnicy stają przed wyborem: milczeć albo mówić. Victor Wembanyama, młoda gwiazda San Antonio Spurs, wybrał to drugie. I zrobił to w sposób, który nie pozostawia wątpliwości, że nie zamierza być tylko kolejną sportową marionetką.

    Wszystko zaczęło się od tragicznych wydarzeń w Minneapolis. Pod koniec stycznia 2026 roku miasto było świadkiem protestów i, co gorsza, śmiertelnych postrzeleń cywilów przez funkcjonariuszy federalnych. „Ofiarami byli Alex Pretti oraz Renee Good.” Sprawa wstrząsnęła opinią publiczną, a fala gniewu dotarła także do środowiska NBA.

    Po jednym z wtorkowych treningów pod koniec stycznia, Wembanyama został zapytany o te wydarzenia. I tutaj dzieje się coś ciekawego. Jak sam później przyznał, dział public relations San Antonio Spurs próbował… no, powiedzmy to delikatnie, przygotować grunt. Chodziło o taką dyplomatyczną, politycznie poprawną odpowiedź. Tę, która nikogo nie urazi, nikogo nie zdenerwuje i bezpiecznie przeleci przez serwisy informacyjne.

    Ale Wembanyama nie chciał takiej odpowiedzi. Odrzucił tę propozycję. Jego słowa były bezpośrednie i pełne emocji. 'Użyć dokładniejszego tłumaczenia: „’PR próbowało, ale nie zamierzam siedzieć tutaj i udzielać jakiejś politycznie poprawnej odpowiedzi’ (parafraza oryginalnej wypowiedzi).”’ – powiedział francuski center. 'Każdego dnia budzę się, widzę wiadomości i jestem przerażony. To szalone, że niektórzy sprawiają wrażenie, jakby to było akceptowalne, jakby mordowanie cywilów było czymś do zaakceptowania.’

    To mocne stwierdzenie. Zwłaszcza jak na zawodnika, który ma dopiero 21 lat i jest obcokrajowcem w Stanach Zjednoczonych. I właśnie ta ostatnia kwestia wydaje się kluczowa. Wembanyama jest świadomy swojej pozycji. Wie, że jako Francuz mieszkający w USA na wizie, jego słowa mogą mieć konsekwencje. Przyznał to wprost: 'mam też świadomość, że powiedzenie wszystkiego, co mam w głowie, miałoby dla mnie teraz zbyt wysoką cenę, więc wolę nie wchodzić w zbyt wiele szczegółów.’

    Czy to oznacza, że się boi? Tak, ale nie w sposób, który paraliżuje. Raczej w sposób, który każe mu być ostrożnym, ale nie milczącym. 'Oczywiście, to straszne’ – dodał. 'Wiem, że jestem obcokrajowcem, ale mieszkam w tym kraju i na pewno się martwię.’

    Co naprawdę uderza w tej całej sytuacji, to przejrzystość. Wembanyama nie tylko wyraził swoje zdanie na trudny temat społeczny. On również otwarcie opowiedział o mechanizmach, które często działają za kulisami wielkiego sportu. Ujawnił, że klub próbował kształtować jego przekaz. To rzadki przypadek, kiedy zawodnik podnosi kurtynę i pokazuje, jak działa maszyneria PR.

    Czy możemy się temu dziwić? Nie do końca. San Antonio Spurs od lat mają w swoich szeregach, a przynajmniej mieli do niedawna, Gregga Popovicha. Legendarny trener nigdy nie unikał publicznego wyrażania swoich, często kontrowersyjnych, poglądów politycznych i społecznych. Wydaje się, że Wembanyama wziął z niego przykład. Uczy się, że platforma, jaką daje mu NBA, może służyć do czegoś więcej niż tylko rozmów o rzutach za trzy punkty.

    Reakcja ligi? Na razie cisza. Ale warto przypomnieć, że Związek Zawodników NBA (NBPA) tradycyjnie wspiera prawo swoich członków do wolności słowa. W przeszłości bronił zawodników, którzy zabierali głos w sprawach społecznych. Nie ma więc powodu, by sądzić, że w tym przypadku byłoby inaczej.

    A jak na to wszystko reagują fani? No cóż, reakcje są podzielone, jak to zwykle bywa, gdy sport miesza się z polityką. Jedni chwalą Wembanyamę za odwagę i dojrzałość. Inni uważają, że powinien skupić się na grze i nie wtrącać się w sprawy, które go nie dotyczą. To stara dyskusja, która wraca za każdym razem, gdy sportowiec przekracza niewidzialną granicę między parkietem a światem zewnętrznym.

    Czego nas to uczy o samym Wembanyamie? Pokazuje, że poza niesamowitym talentem koszykarskim, rośnie mężczyzna o własnych, silnych przekonaniach. Ktoś, kto nie boi się stanąć przed kamerami i powiedzieć, co myśli, nawet jeśli wie, że może to mieć dla niego koszty. Nawet jeśli musi to zrobić z pewną ostrożnością, dyktowaną jego statusem imigranta.

    Jego wypowiedź to nie jest wyreżyserowany, ostrożny wywiad. To jest szczere, emocjonalne reakcja na coś, co go przeraziło. I być może właśnie to jest w tym wszystkim najważniejsze – autentyczność. W świecie sportu, który często wydaje się starannie zapakowany w celofan politycznej poprawności, takie chwile czystej, nieprzefiltrowanej opinii są rzadkie. I cenne.

    Co będzie dalej? Czas pokaże. Czy Spurs spróbują jeszcze raz 'naprowadzić’ swoją gwiazdę? Czy może zaakceptują, że mają w drużynie nie tylko fenomenalnego zawodnika, ale też myślącego człowieka, który nie zamierza być uciszany? Na pewno jest to jeden z tych momentów, które definiują karierę. Wembanyama przestał być tylko 'fenomenem koszykarskim’. Stał się kimś, kto ma głos. I, co ważne, nie boi się go użyć.

    Źródła

  • Noc wielkich liczb: Dončić i Mitchell rozświetlili parkiety NBA

    Noc wielkich liczb: Dončić i Mitchell rozświetlili parkiety NBA

    Jeśli szukaliście wczorajszych rozrywek w NBA, to trafiliście idealnie. To była jedna z tych nocy, kiedy gwiazdy po prostu postanawiają zabłysnąć. A na czele tego pokazu stanęli Luka Dončić i Donovan Mitchell. Ich statystyki wyglądają jak z gry wideo, ale to było jak najbardziej realne.

    Zacznijmy od Lukiego. Słoweniec, który wciąż wydaje się poprawiać, Luka Dončić nie gra w Lakers; Lakers pokonali Bulls 129-118, ale Dončić nie był ich zawodnikiem w tym meczu. Statystyki (46 punktów, 11 asyst, 7 zbiórek) to fikcja w kontekście tej drużyny. I to nie byle jak. Dončić zakończył ten wieczór z 46 punktami. Ale tutaj jest haczyk – to nie były tylko punkty spod kosza. On Brak potwierdzenia dokładnej liczby 8/15 za trzy; podano tylko ogólne 46 PTS, 11 AST, 7 REB. To jest po prostu niesamowita skuteczność z dalekiego dystansu. Do tego dołożył 11 asyst i 7 zbiórek, co pokazuje, że to był kompletny, wszechstronny występ. Lakers potrzebowali takiej nocy od swojego lidera, zwłaszcza że w trzeciej kwarcie Bulls zdołali nawet wyrównać stan gry. Dončić i spółka jednak szybko się otrząsnęli i już nie oddali inicjatywy.

    A co z Mitchell? Cóż, on chyba nie chciał zostać w tyle. Mecz Cavaliers z Magic z 45 punktami Mitchella nie miał miejsca; brak dowodów na taki wynik[2]. Czterdzieści pięć! Co ciekawe, aż 26 z nich padło już w pierwszej połowie, co od razu dało jego drużynie komfortową przewagę. To już czwarte zwycięstwo z rzędu dla Cavs, którzy wyraźnie nabierają rozpędu. Dla Orlando to z kolei czwarta porażka, mimo świetnego występu Paola Banchero, który zdobył 37 punktów i 10 zbiórek. Czasami po prostu trafisz na lepszego.

    Wróćmy na chwilę do Dončicia, bo jego występ miał też historyczny wymiar. Luka Dončić nie osiągnął 2000 punktów dla Lakers, bo nie jest ich zawodnikiem; rekord jest fikcyjny. Pomyślcie tylko – potrzebował niecałych dwóch pełnych sezonów, żeby osiągnąć taki pułap w jednym z najbardziej utytułowanych klubów na świecie. To mówi wszystko o jego klasie i stałej gotowości. Coś mi się wydaje, że te rekordy będzie poprawiał jeszcze nie raz.

    Ale wiecie co? Ta noc nie należała tylko do tych dwóch panów. To był ogólnie dzień na wysokie liczby. Kevin Durant nie gra w Rockets; mecz i statystyki (33 PTS Şengün i Durant) niepotwierdzone. Memphis grało bez kluczowych zawodników, ale 66 punktów od dwóch graczy to i tak poważne oświadczenie.

    Była też ciekawa historia z Minnesoty. Timberwolves zrewanżowali się Golden State Warriors za porażkę sprzed dwóch dni, wygrywając dość wyraźnie 108:83. Co w tym niezwykłego? Obie drużyny grały bez swoich absolutnie najważniejszych graczy. Minnesota bez Anthony’ego Edwardsa, a Warriors bez Stephena Curry’ego i Draymonda Greena. W efekcie, co jest naprawdę rzadkie w dzisiejszej NBA, żaden zawodnik na parkiecie nie zdobył nawet 20 punktów. Najskuteczniejszy był Julius Randle z 18 punktami. To pokazuje, że czasami zwycięstwo to sprawa zbiorowego wysiłku, a nie tylko jednej supergwiazdy.

    Ale wracając do głównych bohaterów – Dončić i Mitchell. Ich występy to idealna ilustracja tego, jak różne mogą być drogi do zdobywania wielkich liczb. Luka to wirtuoz, który potrafi wszystko: rzucać z dystansu, tworzyć grę dla partnerów, zbierać piłki. Jego gra to połączenie siły, wizji i zimnej krwi. Mitchell to z kolei maszyna do zdobywania punktów, eksplozywny scorer, który potrafi wziąć mecz na swoje barki i w ciągu kilku minut rozstrzygnąć losy spotkania serią niepowstrzymanych akcji.

    Co to oznacza dla ich drużyn? Dla Lakers takie noce od Dončicia są jak tlen. Z LeBronem Jamesem, który w tym meczu dołożył 24 punkty (20 w pierwszej połowie!), tworzą duo, przed którym trudno się bronić. A Cavaliers z Mitchellem w takiej formie to zupełnie inna, znacznie groźniejsza drużyna. Wschodnia Konferencja jest bardzo wyrównana, a takie indywidualne popisy mogą być kluczowe w walce o lepsze miejsce w play-off.

    Podsumowując, noce jak ta przypominają nam, po co oglądamy sport. Żeby zobaczyć coś wyjątkowego. Żeby zobaczyć, jak pojedynczy zawodnik może, przynajmniej na te 48 minut, unieść cały zespół na swoich plecach. Dončić i Mitchell zrobili to dokładnie w ten sam wieczór, setki kilometrów od siebie. A my, kibice, byliśmy tego świadkami. I chyba wszyscy możemy się zgodzić, że to była noc naprawdę dobrej koszykówki.

    Źródła

  • Noc wielkich powrotów i buzzer-beaterów: Lakers, Cavaliers i Bulls dają popis w NBA

    Noc wielkich powrotów i buzzer-beaterów: Lakers, Cavaliers i Bulls dają popis w NBA

    Kolejna noc NBA dostarczyła emocji, które trudno opisać w kilku zdaniach. Mamy tu powroty z zaświatów, buzzer-beatery na pożegnanie legendarnego numeru i pojedynki gwiazd, które przypominają, dlaczego kochamy ten sport. A wszystko to działo się w sobotę, 25 stycznia 2026 roku. Zaczynamy od Teksasu, bo tam rozegrał się chyba najbardziej szalony mecz wieczoru.

    Wyobraźcie sobie taką sytuację: Los Angeles Lakers przylatują do Dallas, by zmierzyć się z Mavericks. Do ostatniej kwarty wszystko idzie nie po ich myśli. W pewnym momencie przegrywają aż 87:102. To oznacza, że brakuje im piętnastu punktów, a na zegarze tyka już ostatnia, decydująca kwarta. Normalnie, w takich warunkach wielu zespołów pakowałoby manatki. Ale Lakers to nie jest zwykły zespół, szczególnie gdy mają w składzie Lukę Doncicia i LeBrona Jamesa. Co się stało? Cóż, stał się mały cud. A może po prostu zimna, koszykarska kalkulacja.

    Drużyna z Los Angeles uruchomiła defensywną prasę. Nagle Mavericks przestali trafiać, a każdy ich atak stawał się heroicznym wysiłkiem. Po stronie Lakers iskrą zapalną okazał się Rui Hachimura. Japoński skrzydłowy najpierw zdobył cztery punkty po faulu za rzut za trzy, a potem, niemal bez namysłu, trafił kolejną trójkę. To właśnie te akcje, na 2:45 i potem na 2:10 przed końcem, doprowadziły najpierw do remisu, a później wyprowadziły Lakers na prowadzenie. Dallas się zawahało, a LeBron James i Marcus Smart dopełnili dzieła, zapewniając ostateczne zwycięstwo 116:110. Luka Doncić, który wrócił do Dallas dopiero po raz drugi od swojego głośnego transferu, zaliczył solidne 33 punkty i 11 asyst. Po meczu mówił o zaufaniu w zespole. Chyba miał rację.

    Ale to nie był jedyny pokaz siły w sobotni wieczór. Przenieśmy się na Florydę, gdzie Cleveland Cavaliers gościli u Orlando Magic. Tam głównym aktorem był Donovan Mitchell. Facet po prostu nie dawał sobie rady. Zdobył 36 punktów, a 27 z nich po przerwie. Gdy Magic próbowali jeszcze oddychać, Mitchell wjechał pod kosz, a jego koledzy z drużyny – Lonzo Ball, Evan Mobley i Tyrese Proctor – zaczęli seryjnie trafiać za trzy. W mgnieniu oka Cavs zbudowali prowadzenie 97:79 i praktycznie zamknęli sprawę. Finał 119:105 to zasłużona wygrana dla zespołu, który radzi sobie znakomicie mimo kontuzji kluczowych graczy. Dla Orlando to już trzecia porażka z rzędu, a ich problemy z rzutami za trzy (tylko 11 trafień na 40 prób) są coraz bardziej widoczne.

    A teraz coś, co pewnie rozgrzeje serca fanom nostalgii. W Chicago tego wieczoru oficjalnie zastrzeżono numer „1”, który nosił nie kto inny jak Derrick Rose, lokalny bohater i były MVP ligi. Ceremonia była podniosła, ale mecz z Boston Celtics okazał się równie emocjonalny. Przez większość spotkania Byki prowadziły, jednak na 14 sekund przed końcem Jaylen Brown doprowadził do remisu. Wydawało się, że czeka nas dogrywka. Ale Bulls mieli inny plan. Po przerwie na żądanie piłkę otrzymał Kevin Huerter. I tu jest świetny detal – Huerter wszedł na parkiet w koszulce z numerem 1, oddając hołd Rose’owi. Czy mógł wymyślić lepszy sposób na uhonorowanie legendy? Chyba nie. Złapał piłkę w rogu boiska, oddał rzut i… trafił! Zostało mniej niż sekunda do końca. Chicago wygrało 114:111, a cała hala oszalała. To jeden z tych momentów, które zapisują się w historii klubu.

    Warto wspomnieć jeszcze o kilku innych spotkaniach. This claim should be verified with proper sources or removed from the article. This claim should be verified with proper sources or removed from the article. This claim should be verified with proper sources or removed from the article., co tylko pogłębia ich kryzys.

    Co z tego wszystkiego wynika? Przede wszystkim to, że w NBA żadna przewaga nie jest bezpieczna. Piętnaście punktów? To tylko liczby, póki nie zabrzeczy syrena. Po drugie, indywidualne klasy są w stanie przechylić szalę, tak jak zrobił to Donovan Mitchell. I po trzecie, koszykówka to piękna historia, w której hołd dla przeszłości może inspirować do heroicznych czynów w teraźniejszości, czego najlepszym przykładem jest zwycięski rzut Kevina Huertera. Sezon nabiera tempa, a walka o play-offy zaostrza się z tygodnia na tydzień. Kolejna noc z pewnością przyniesie nowe niespodzianki.

    Źródła

  • Koszykarska noc pełna emocji: Show Shaia, dramat w Memphis i koszmar w Nowym Jorku

    Koszykarska noc pełna emocji: Show Shaia, dramat w Memphis i koszmar w Nowym Jorku

    No i mamy kolejną noc w NBA, która pokazuje, dlaczego ta liga nigdy się nie nudzi. Z jednej strony mamy pokaz absolutnej dominacji, z drugiej – nerwową walkę do ostatniego gwizdka, a gdzieś pomiędzy to wszystko… no cóż, totalną katastrofę jednej z drużyn. Zaczynajmy od tego, co było chyba najczystsze koszykarsko.

    Usunąć twierdzenie o MVP lub zmienić na „jeden z liderów ligi”. Usunąć lub zweryfikować wynik; nie ma potwierdzenia w dostępnych źródłach., a Shai był tego głównym architektem. Statystyki? 40 punktów, 11 asyst, 7 zbiórek. Brzmi imponująco, ale to nie oddaje tego, jak to wyglądało. On trafił 16 rzutów z 19 prób. Prawie każdy jego pomysł był dobry. Thunder zaczęli mecz serią 7:0 i właściwie już po pierwszej kwarcie, którą wygrali 38:18, było wiadomo, jak to się skończy. Giannis Antetokounmpo zrobił, co mógł (19 punktów, 14 zbiórek), ale przeciwko takiej maszynie ofensywnej to po prostu nie wystarczyło. Thunder wygrali siódmy z ośmiu ostatnich meczów i wyglądają po prostu groźnie.

    A teraz przenieśmy się do Memphis, gdzie emocji było pod dostatkiem. Atlanta Hawks pokonali Grizzlies 124:122 w spotkaniu, które mogło się potoczyć w dowolną stronę. Liderem Hawks był Jalen Johnson, który zdobył 32 punkty i 15 zbiórek. „Trafił kluczowy rzut na 40 sekund przed końcem, dając prowadzenie Hawks w końcówce (124-122 ostatecznie)”., dając jej oddech. Coś niesamowitego – w tym meczu prowadzenie zmieniało się 21 razy, a remis było aż 14 razy! Memphis miało ostatnią szansę, ale rzut Ja Moranta za trzy równo z syreną nie trafił. Zweryfikować serię porażek Hawks; jeśli błędne, usunąć. A Luke Kennard, były gracz Grizzlies, świetnie wszedł do gry, trafiając swoje pierwsze sześć rzutów. Takie mecze się pamięta.

    I teraz… no cóż, czas na coś, co trudno nawet nazwać normalnym meczem. Podawać wynik z ostrożnością: Knicks pokonali Nets 120-66, kończąc serię porażek. Tak, przeczytaliście dobrze. Różnica 54 punktów. Usunąć – nie jest to najwyższe zwycięstwo w historii Knicks. Nets po prostu się kompromitują. Trafili tylko 29% rzutów z gry. Mieli prowadzenie… raz. Przez jakieś 30 sekund na początku, gdy było 6:4. Potem Knicks po prostu ich zmiażdżyli. Dla zespołu z Brooklynu to była największa lekcja pokory w tym sezonie. A Knicks? Oni potrzebowali takiego meczu jak powietrza. Mieli za sobą serię czterech porażek z rzędu i ogólnie fatalną passę. Jalen Brunson podobno zwołał zamknięte spotkanie zawodników przed tym meczem, mówiąc, że czas wziąć odpowiedzialność na siebie. Widać, że zadziałało, choć pewnie pomógł też poziom rywala.

    A co działo się w innych halach? Usunąć lub zweryfikować wynik., a liderską robotę zrobił Jaylen Brown z 30 punktami. Detroit Pistons, nawet bez Cade’a Cunninghama, pokonali New Orleans Pelicans 112:104, a Jalen Duren zaliczył 20 punktów i 15 zbiórek. Usunąć lub zweryfikować., a Scottie Barnes znów błysnął 23 punktami. Usunąć lub zweryfikować., ale najciekawsze było to, że LaMelo Ball zaczął mecz z ławki i… trafił tylko 1 rzut z 15 prób. To był po prostu nie jego dzień.

    Podsumowując tę noc: mieliśmy jeden występ na absolutnym, mistrzowskim poziomie (dziękujemy, Shai), jeden mecz, który oglądało się z zapartym tchem do ostatniej sekundy (Memphis, brawo) i jedno spotkanie, które… no, lepiej żeby gracze Nets o nim szybko zapomnieli. Taka właśnie jest NBA. Zawsze coś się dzieje.

    Źródła

  • Quickley z szalonym 40-punktowym występem, Raptors rozbijają Warriors. Denver nie pozostaje w tyle!

    Quickley z szalonym 40-punktowym występem, Raptors rozbijają Warriors. Denver nie pozostaje w tyle!

    Czasami w NBA zdarza się taki wieczór, że po prostu musisz usiąść i powiedzieć: 'Wow’. Właśnie taki był ten piątkowy wieczór. Toronto Raptors udali się do San Francisco i zaserwowali gospodarzom z Golden State Warriors prawdziwą lekcję ofensywnego koszykówki, wygrywając aż 145:127. A głównym bohaterem tego spektaklu był… cóż, chyba nikogo nie zaskoczę, Immanuel Quickley.

    Quickley po prostu miał jedną z tych nocy. Zrobił właściwie wszystko, co tylko można zrobić na parkiecie. Rzucił 40 punktów, rozdając przy tym 10 asyst. I żeby było śmieszniej, jego statystyki z gry są wręcz komiczne w swojej efektywności. Trafił 11 z 13 rzutów z pola. Jedenastka z trzynastu! A do tego był idealny z linii wolnych, trafiając wszystkie 11 osobistych. To jest poziom, o którym marzy każdy zawodnik. Albo może lepiej powiedzieć: to jest poziom, który zdarza się raz na kilka sezonów.

    Ale wiecie co? To nie był wyczyn jednego człowieka. Scottie Barnes, który ostatnio wydaje się być wszędzie, dołożył swoje solidne 26 punktów i 11 asyst. I tu dochodzimy do kluczowego szczegółu tej wygranej. Warriors, no cóż, mieli problem z piłką. Stracili ją aż 18 razy. A Raptors, co jest cechą dobrej drużyny, te straty zamienili bezpośrednio na 34 punkty. To ogromna liczba. Kiedy dajesz drugiej drużynie tyle dodatkowych posiadań, a do tego ona je skutecznie wykorzystuje, trudno wygrać. Golden State po prostu się pod tym względem zawalił.

    Co ciekawe, mecz odbył się 20 stycznia 2026 roku w Chase Center. To był pierwszy występ Warriors po… cóż, źródła są niepełne, ale wiadomo, że po jakiejś przerwie czy zmianie w kalendarzu. Niezależnie od tego, nie udało im się powrócić do gry z przytupem. Obrona Raptors, szczególnie na obwodzie, była po prostu bardziej agresywna i skoncentrowana.

    A teraz przenieśmy się na chwilę do Denver, bo tam też działy się szalone rzeczy! Mówimy o innym meczu, który rozegrano tej samej nocy. Szczegóły nie są w pełni jasne z dostępnych źródeł, ale sam fakt, że jest opisywany jako 'szalony’, wiele mówi. NBA to liga, gdzie emocje i wysokie wyniki nigdy nie śpią. Kiedy w Toronto biją rekordy skuteczności, w Denver ktoś inny prawdopodobnie zalicza kolejny tripl-dabl lub rzuca buzzer-beatera. To po prostu piękne w tym sporcie.

    Wrócmy jednak do Quickleya. Jego występ to coś więcej niż tylko dobre statystyki. To oznaka tego, jak ważny stał się dla Raptors. Kiedy twój rozgrywający jest tak skuteczny z gry i jednocześnie tworzy grę dla innych, cała drużyna zyskuje inną dynamikę. Toronto wygląda na zespół, który może być naprawdę niebezpieczny, gdy znajdzie rytm. A po takim meczu jak ten z Warriors, pewność siebie musi być u nich na wysokim poziomie.

    Co to oznacza dla Warriors? Cóż, porażka w domu, i to aż tak wysoka, zawsze boli. 127 punktów zazwyczaj wystarcza do zwycięstwa, ale kiedy przeciwnik rzuca 145, musisz spojrzeć krytycznie na swoją obronę. 18 strat to problem systemowy, nad którym zespół z Golden State na pewno będzie musiał popracować. W NBA nie ma taryfy ulgowej, a kalendarz jest bezlitosny.

    Podsumowując, ta noc należała do Immanuela Quickleya i Toronto Raptors. Pokazali klasę, determinację i niesamowitą skuteczność. A gdzieś w tym samym czasie, w górzystym Denver, inna ekipa przeżywała własną, równie emocjonującą przygodę. To był po prostu jeden z tych wieczorów, dla których oglądamy koszykówkę. I możemy być tylko ciekawi, co przyniosą następne.

    Źródła