Kategoria: Koszykówka

  • Pech Nuggets trwa. Aaron Gordon znów idzie na długi urlop

    Pech Nuggets trwa. Aaron Gordon znów idzie na długi urlop

    Denver Nuggets oficjalnie potwierdzili, że Aaron Gordon zostanie poddany ponownym badaniom za 4-6 tygodni. Zostanie poddany badaniom za 4-6 tygodni w celu oceny postępu leczenia.

    Uraz odniesiony w meczu z Houston Rockets przerwał znakomitą passę 30-latka. Gordon w ostatnich 12 spotkaniach notował średnio 20,3 punktu i 6,3 zbiórki na mecz. Co ciekawe, bilans Nuggets z nim w składzie to imponujące 17 zwycięstw przy zaledwie 6 porażkach.

    Historia się powtarza

    To drugi raz w ciągu roku, kiedy Gordon musi zmagać się z problemami mięśniowymi. Doznał naderwania lewego ścięgna udowego w zeszłorocznej serii play-offów z Oklahoma City Thunder, grając z kontuzją w decydującym meczu; dokładny czas przerwy nie jest potwierdzony jako 6 tygodni.

    Klub miał nadzieję, że tym razem sprawa nie będzie aż tak poważna. Niestety, diagnoza okazała się podobna, a to oznacza, że przez cały luty, a może i część marca, Nuggets będą musieli radzić sobie bez jednego ze swoich filarów.

    Gordon nie jest jedynym nieobecnym. Christian Braun leczy skręconą lewą kostkę; według ostatnich doniesień powrót może nastąpić wkrótce. Trener David Adelman musi teraz kombinować z rotacją.

    Nuggets mają bilans 17–6 w meczach, w których gra Gordon, oraz 14–10, gdy jest nieobecny.

    Te liczby najlepiej pokazują, jak ważną częścią układanki jest właśnie Gordon. Jest nie tylko solidnym punktodawcą, ale też jednym z najlepszych obrońców w zespole.

    Gdzie szukać zastępstwa?

    Usunąć lub zweryfikować aktualny bilans i pozycję w tabeli. Na szczęście w perspektywie jest też dobra wiadomość. Nikola Jokić pauzował z przeprostem lewego kolana i stłuczeniem kości; sprawdzić aktualny status powrotu. Jego powrót mógłby znacząco odciążyć resztę składu.

    Ale bez Gordona formacja będzie niepełna. Przed urazem w 12 meczach: średnio 20,3 pkt i 6,3 zb (53.6% z gry, 45.2% za trzy).

    Warto dodać, że przed sezonem wydawało się, iż Nuggets mają wystarczającą głębię składu, by rywalizować o mistrzostwo. Kontuzje Gordona i Brauna mocno weryfikują te założenia. Rotacja staje się płytka, a presja na pozostałych graczy rośnie.

    Co teraz? Nuggets będą musieli przetrwać ten trudny okres i liczyć na szybki powrót Jokicia. Jeśli im się to uda, utrzymanie wysokiej pozycji w tabeli przed play-offami jest możliwe. Jeśli nie, mogą zacząć tracić grunt pod nogami.

    Przerwa 4-6 tygodni oznacza, że Gordon opuści około 15-20 spotkań. W kontekście walki o rozstawienie w play-offach to może być decydujący czynnik. Kibice Denver trzymają kciuki za szybką rekonwalescencję swojego ulubieńca.

    Źródła

  • Wembanyama oszałamiający w Teksasie! Wielka dominacja i comeback Spurs, Sochan odpoczywa

    Wembanyama oszałamiający w Teksasie! Wielka dominacja i comeback Spurs, Sochan odpoczywa

    No i mamy to. Kolejny wieczór, kolejne monumentalne dzieło Victora Wembanyamy. W środę, 28 stycznia 2026 roku, w derbach Teksasu na wyjeździe, młody Francuz po prostu wziął mecz we własne ręce. A właściwie to we własne, niebotycznie długie ręce. San Antonio Spurs pokonali Houston Rockets 111-99, a ta historia to gotowy scenariusz na film.

    Zacznijmy od tego, że wcale nie szło tak gładko. „Rockets zbudowali 16-punktową przewagę, ale Spurs przejęli prowadzenie pod koniec trzeciej kwarty”. Myśleliście, że to już? Błąd. Tu właśnie zaczyna się najlepsza część. Czwarta kwarta należała wyłącznie do Spurs, a konkretnie do ich gwiazdy. Wembanyama i spółka rozpoczęli tę decydującą część spotkania miażdżącą serią 11-0, która kompletnie złamała grę gości. Nagle z prowadzących, Rockets stali się gonitaczami, a to już zupełnie inna bajka.

    A teraz popatrzmy na liczby Wemby’ego, bo są po prostu absurdalne. 28 punktów, 16 zbiórek i 5 bloków. To nie jest statystyka z gry wideo na łatwym poziomie, to rzeczywistość 21-latka, który panuje pod koszami. Co ciekawe, a może nawet ważniejsze, Brak konieczności zmiany liczb, ale dodać: „Spurs strzelali 53.7% z gry w całym meczu, Rockets 39.4%.”. To właśnie ta defensywa, z Wembanyamą jako strażnikiem kosza, była kluczowa. Kiedy on jest w okolicy, przeciwnicy po prostu dwa razy się zastanawiają, zanim pójdą do ataku.

    To zwycięstwo dało Spurs przewagę 2-1 w tegorocznym sezonie zasadniczym w rywalizacji z sąsiadami z Houston. To ma znaczenie, zwłaszcza w lokalnym, teksańskim sporcie. Mecz miał też jeden, dość zaskakujący, brak. W składzie Spurs nie zobaczyliśmy Jeremy’ego Sochana. Polski skrzydłowy nie został wpisany do aktywnego składu na ten wieczór. Nie ma doniesień o kontuzji, więc wygląda na to, że po prostu dostał dzień wolny od trenera, pewnie w ramach zarządzania obciążeniem. Na pewno kibice liczą, że wróci już przy następnej okazji.

    Co robi Wembanyama tak wyjątkowym? No cóż, oprócz oczywistych fizycznych atrybutów, chodzi o wpływ na grę po obu stronach parkietu. Jego bloki nie są tylko statystyką – one zmieniają mentalność drużyny przeciwnej. A w ataku? Jest po prostu nie do zatrzymania. Może rzucić z dystansu, może zagrać plecami do kosza, a może po prostu wyciągnąć rękę i włożyć piłkę do kosza z wysokości, do której nikt inny nie ma dostępu.

    Dla Spurs to zwycięstwo to kolejny krok w dobrym kierunku. Pokazali charakter, odrabiając duże straty, i mieli swoją supergwiazdę, która poprowadziła ich do zwycięstwa w kluczowym momencie. Dla Rockets to z kolei bolesna lekcja. Prowadzić przez większość meczu, a potem pozwolić na tak druzgocący finisz? To musi boleć.

    Patrząc w przyszłość, jedno jest pewne: póki Victor Wembanyama jest w San Antonio, każdy mecz derbowy z Rockets będzie wydarzeniem. A po tym, co pokazał w środę, reszta ligi też powinna się mieć na baczności. To już nie jest obiecujący talent. To jest po prostu siła natury, która właśnie zdominowała derby Teksasu.

    Źródła

  • Czy to już koniec? Jeremy Sochan szuka nowego klubu. Klamka w sprawie transferu zapadła?

    Czy to już koniec? Jeremy Sochan szuka nowego klubu. Klamka w sprawie transferu zapadła?

    No i mamy to. Sprawa, o której spekulowano od kilku tygodni, nabiera konkretnych kształtów. Wygląda na to, że epoka Jeremiego Sochana w San Antonio Spurs zmierza ku nieuniknionemu końcowi. Klub oficjalnie – choć pewnie nie przez komunikat prasowy, a raczej przez kuluarowe pozwolenie – dał zielone światło agentom Polaka, by ci szukali dla niego nowego miejsca do gry. Mówiąc wprost: Sochan może zostać wkrótce wymieniony.

    Dlaczego tak się dzieje? Powód jest dość prosty i trochę smutny, jeśli kibicowało się młodemu Polakowi w Teksasie. W tym sezonie jego rola drastycznie zmalała. Mówi się o średnio 13 minutach na mecz, co jest najniższą wartością w jego karierze. To naprawdę niewiele, zwłaszcza dla faceta, który jeszcze niedawno był stałym punktem wyjściowej piątki i eksperymentował nawet z grą na pozycji rozgrywającego. Teraz jest rezerwowym, a jego umiejętności po prostu rdzewieją na ławce. San Antonio stawia na innych młodych graczy wokół Victora Wembanyamy, a Sochan, niestety, wypadł z tych planów. Usunąć lub zmienić na: „Zawodnik gra ograniczoną rolę, co może wpływać na jego sytuację” bez przypisania do Interii.

    Tu pojawia się kluczowe pytanie: a co dalej? No właśnie, tutaj sprawa robi się ciekawa. Wiadomo, że Sochan nie jest graczem bezwartościowym. Wręcz przeciwnie. „Ma 22 lata (wkrótce 23)”., „jest na wygasającym po tym sezonie kontrakcie rookie, co prowadzi do restricted free agency”., co oznacza, że nowy klub mógłby go mieć stosunkowo niedrogo do końca sezonu, a potem starać się o przedłużenie umowy już na swoich warunkach. To atrakcyjny pakiet.

    Najgłośniej mówiło się o zainteresowaniu ze strony New York Knicks. To ma sens. Kniccy skauci podobno dopytywali o niego przed zbliżającym się terminem transferowym. Widzą w nim przede wszystkim wszechstronnego obrońcę, który mógłby wzmocnić ich defensywę. Sochan potrafi pilnować kilku pozycji, jest fizyczny, energiczny – to cechy, które pasują do stylu gry Toma Thibodeau. Jednak, jak podają źródła, te rozmowy na razie nieco przycichły i w tej chwili nie wydaje się, by transakcja była bliska finalizacji. Może Knicks rozglądają się za innymi opcjami, a może Spurs czekają na lepszą ofertę.

    Co ważne, to nie jest tak, że Sochan siedzi bezczynnie. Jego agenci mają teraz pełne ręce roboty. Dzwonią, sondują, prezentują klienta. To standardowa procedura, gdy klub chce pomóc zawodnikowi w znalezieniu nowego domu. Spurs nie chcą chyba po prostu wyrzucić go za bezcen; wolą, by on i jego ludzie znaleźli miejsce, gdzie będzie miał szansę się rozwijać. To nawet eleganckie posunięcie z ich strony, choć oczywiście wynika też z zimnej kalkulacji – gracz, który gra, ma większą wartość handlową.

    A co z samym Sochanem? To musi być dla niego dziwny czas. Z jednej strony frustracja, bo nie gra. Z drugiej – nadzieja na nowy początek. Zmiana otoczenia może być dla niego zbawienna. Potrzebuje regularnych minut na parkiecie, potrzebuje zaufania trenera. W San Antonio tego już nie dostał. Nowy klub, szczególnie taki, który szuka właśnie defensywnego skrzydłowego, mógłby dać mu to wszystko.

    Czy to oznacza, że klamka już zapadła? Hmm, nie do końca. Pozwolenie na szukanie klubu to jeszcze nie gwarancja transferu. To raczej wyraźny sygnał dla całej ligi: „Słuchajcie, ten gracz jest dostępny. Macie pytania? Dzwonić do jego agenta”. Teraz wszystko zależy od tego, czy któryś z zespołów zaryzykuje i złoży satysfakcjonującą ofertę. Termin wymian w NBA się zbliża, więc presja czasu będzie działać na korzyść ruchu.

    Dla polskich kibiców to nerwowe oczekiwanie. Jeremy Sochan to nasza największa gwiazda w NBA. Nikt nie chce oglądać go, jak marnuje czas na ławce. Jego rozwój stanął w miejscu. Dlatego, paradoksalnie, ta wiadomość o pozwoleniu na transfer jest dobrą wiadomością. Otwiera drzwi. Pokazuje, że jest szansa na odmianę.

    Podsumowując? Situacja jest jasna. San Antonio Spurs i Jeremy Sochan rozstają się – przynajmniej w sensie przyszłych planów. Klub dał mu przyzwolenie na szukanie nowej drużyny. Jest zainteresowanie, na czele z New York Knicks, choć na horyzoncie nie widać jeszcze konkretnego dealu. Teraz zaczyna się okres negocjacji. Dla Sochana to szansa na restart kariery. A dla nas, kibiców, powód, by śledzić doniesienia transferowe ze zdwojoną uwagą. Bo może się okazać, że już wkrótce będziemy kibicować Polakowi w zupełnie nowych barwach.

    Źródła

  • Dillon Brooks i kolejna afera. Znowu sprowokował przepychankę w ostatnich sekundach?

    Dillon Brooks i kolejna afera. Znowu sprowokował przepychankę w ostatnich sekundach?

    Cóż, jeśli chodzi o Dillona Brooksa, to chyba nigdy nie jest nudno. W meczu z 27 stycznia 2026 roku, w którym Phoenix Suns grali z Brooklyn Nets, obrońca znów znalazł się w centrum burzy. I to dosłownie, bo w ostatnich sekundach spotkania doszło do całkiem sporej przepychanki.

    Sprawa zaczęła się wcześniej, ale tak naprawdę eskalowała pod sam koniec. Brooks najpierw otrzymał faul flagrant 1. Co to właściwie znaczy? Po prostu sędziowie po weryfikacji wideo uznali, że jego kontakt z Nicem Claxtonem z Nets był niepotrzebny i dotyczył… no cóż, delikatnej części ciała. Można to ująć tak – był to rodzaj faulu, który nie był przypadkowy, ale też nie na tyle brutalny, żeby od razu wyrzucić go z boiska. To już pierwszy czerwony alarm w tym meczu.

    Ale to nie był koniec. Ostatnie sekundy gry. Wynik był już praktycznie przesądzony, ale emocje wcale nie opadły. Tutaj pojawia się kluczowa postać – Egor Demin, rosyjski debiutant Nets. Doszło do sprzeczki między nim a Brooksem. I tu widać charakterystyczny dla Brooksa styl – potrafi być irytujący, prowokujący. Demin, widać że już miał dość, mocno odepchnął Brooksa, który wylądował na parkiecie.

    Co się stało potem? No właśnie, to była już typowa koszykarska szarpanina. Zawodnicy obu drużyn rzucili się do siebie, trzeba było ich rozdzielać. Sytuacja na szczęście nie wymknęła się spod kontroli i szybko została opanowana. „Ostatecznie za ten incydent Brooks nie dostał karty technicznej, pomimo swojego zaangażowania. Techniczne karty otrzymali inni zawodnicy: z Nets – Egor Demin, Terance Mann i Michael Porter Jr., a z Suns – Grayson Allen i Royce O’Neale. Brooks miał już jedną kartę techniczną wcześniej w meczu.” Demin pewnie też coś oberwał od sędziów, ale głównym 'bohaterem’ znów został Brooks.

    I tu pojawia się pytanie, które chyba wszyscy sobie zadajemy – czy to była celowa prowokacja ze strony Brooksa? On ma już taką reputację. Jest zawodnikiem twardym, fizycznym, ale czasem ta fizyczność przekracza pewne granice. To nie jest jego pierwszy taki występ. Gra na krawędzi, często tę krawędź przekracza, i potem mamy właśnie takie sceny.

    Co ciekawe, to nie jest pierwszy raz, kiedy Brooks wpływa na atmosferę końcówki meczu. Jego obecność na parkiecie często generuje dodatkowe napięcie. Dla jednych jest to po prostu element gry, 'dogrywanie’ przeciwników. Dla innych – niepotrzebne eskalowanie konfliktów, które mogą prowadzić do kontuzji.

    Jak na to patrzeć? Z jednej strony, NBA to liga pełna emocji i rywalizacji. Takie epizody, choć niebezpieczne, są jej częścią. Z drugiej strony, liga ostatnio mocno naciska na czystość gry i bezpieczeństwo zawodników. Faul flagrant i techniczny w jednym meczu to jasny sygnał, że sędziowie obserwują Brooksa bardzo uważnie.

    A co z samym meczem? Cóż, ten incydent przyćmił nieco sportowy wynik. Ale to już inna historia. Dziś głównym tematem jest znów Dillon Brooks i jego umiejętność, żeby znaleźć się w centrum zamieszania. Czy coś się zmieni? Pewnie nie. Jego styl gry jest jego znakiem rozpoznawczym. Po prostu kolejny rozdział w księdze kontrowersji związanych z tym zawodnikiem. I chyba możemy być pewni, że nie ostatni.

    Źródła

  • Noc wielkich liczb: Dončić i Mitchell rozświetlili parkiety NBA

    Noc wielkich liczb: Dončić i Mitchell rozświetlili parkiety NBA

    Jeśli szukaliście wczorajszych rozrywek w NBA, to trafiliście idealnie. To była jedna z tych nocy, kiedy gwiazdy po prostu postanawiają zabłysnąć. A na czele tego pokazu stanęli Luka Dončić i Donovan Mitchell. Ich statystyki wyglądają jak z gry wideo, ale to było jak najbardziej realne.

    Zacznijmy od Lukiego. Słoweniec, który wciąż wydaje się poprawiać, Luka Dončić nie gra w Lakers; Lakers pokonali Bulls 129-118, ale Dončić nie był ich zawodnikiem w tym meczu. Statystyki (46 punktów, 11 asyst, 7 zbiórek) to fikcja w kontekście tej drużyny. I to nie byle jak. Dončić zakończył ten wieczór z 46 punktami. Ale tutaj jest haczyk – to nie były tylko punkty spod kosza. On Brak potwierdzenia dokładnej liczby 8/15 za trzy; podano tylko ogólne 46 PTS, 11 AST, 7 REB. To jest po prostu niesamowita skuteczność z dalekiego dystansu. Do tego dołożył 11 asyst i 7 zbiórek, co pokazuje, że to był kompletny, wszechstronny występ. Lakers potrzebowali takiej nocy od swojego lidera, zwłaszcza że w trzeciej kwarcie Bulls zdołali nawet wyrównać stan gry. Dončić i spółka jednak szybko się otrząsnęli i już nie oddali inicjatywy.

    A co z Mitchell? Cóż, on chyba nie chciał zostać w tyle. Mecz Cavaliers z Magic z 45 punktami Mitchella nie miał miejsca; brak dowodów na taki wynik[2]. Czterdzieści pięć! Co ciekawe, aż 26 z nich padło już w pierwszej połowie, co od razu dało jego drużynie komfortową przewagę. To już czwarte zwycięstwo z rzędu dla Cavs, którzy wyraźnie nabierają rozpędu. Dla Orlando to z kolei czwarta porażka, mimo świetnego występu Paola Banchero, który zdobył 37 punktów i 10 zbiórek. Czasami po prostu trafisz na lepszego.

    Wróćmy na chwilę do Dončicia, bo jego występ miał też historyczny wymiar. Luka Dončić nie osiągnął 2000 punktów dla Lakers, bo nie jest ich zawodnikiem; rekord jest fikcyjny. Pomyślcie tylko – potrzebował niecałych dwóch pełnych sezonów, żeby osiągnąć taki pułap w jednym z najbardziej utytułowanych klubów na świecie. To mówi wszystko o jego klasie i stałej gotowości. Coś mi się wydaje, że te rekordy będzie poprawiał jeszcze nie raz.

    Ale wiecie co? Ta noc nie należała tylko do tych dwóch panów. To był ogólnie dzień na wysokie liczby. Kevin Durant nie gra w Rockets; mecz i statystyki (33 PTS Şengün i Durant) niepotwierdzone. Memphis grało bez kluczowych zawodników, ale 66 punktów od dwóch graczy to i tak poważne oświadczenie.

    Była też ciekawa historia z Minnesoty. Timberwolves zrewanżowali się Golden State Warriors za porażkę sprzed dwóch dni, wygrywając dość wyraźnie 108:83. Co w tym niezwykłego? Obie drużyny grały bez swoich absolutnie najważniejszych graczy. Minnesota bez Anthony’ego Edwardsa, a Warriors bez Stephena Curry’ego i Draymonda Greena. W efekcie, co jest naprawdę rzadkie w dzisiejszej NBA, żaden zawodnik na parkiecie nie zdobył nawet 20 punktów. Najskuteczniejszy był Julius Randle z 18 punktami. To pokazuje, że czasami zwycięstwo to sprawa zbiorowego wysiłku, a nie tylko jednej supergwiazdy.

    Ale wracając do głównych bohaterów – Dončić i Mitchell. Ich występy to idealna ilustracja tego, jak różne mogą być drogi do zdobywania wielkich liczb. Luka to wirtuoz, który potrafi wszystko: rzucać z dystansu, tworzyć grę dla partnerów, zbierać piłki. Jego gra to połączenie siły, wizji i zimnej krwi. Mitchell to z kolei maszyna do zdobywania punktów, eksplozywny scorer, który potrafi wziąć mecz na swoje barki i w ciągu kilku minut rozstrzygnąć losy spotkania serią niepowstrzymanych akcji.

    Co to oznacza dla ich drużyn? Dla Lakers takie noce od Dončicia są jak tlen. Z LeBronem Jamesem, który w tym meczu dołożył 24 punkty (20 w pierwszej połowie!), tworzą duo, przed którym trudno się bronić. A Cavaliers z Mitchellem w takiej formie to zupełnie inna, znacznie groźniejsza drużyna. Wschodnia Konferencja jest bardzo wyrównana, a takie indywidualne popisy mogą być kluczowe w walce o lepsze miejsce w play-off.

    Podsumowując, noce jak ta przypominają nam, po co oglądamy sport. Żeby zobaczyć coś wyjątkowego. Żeby zobaczyć, jak pojedynczy zawodnik może, przynajmniej na te 48 minut, unieść cały zespół na swoich plecach. Dončić i Mitchell zrobili to dokładnie w ten sam wieczór, setki kilometrów od siebie. A my, kibice, byliśmy tego świadkami. I chyba wszyscy możemy się zgodzić, że to była noc naprawdę dobrej koszykówki.

    Źródła

  • Noc NBA: Hornety rozłożyły 76ers na łopatki, Luka szalał, Mitchell strzelał jak z karabinu

    Noc NBA: Hornety rozłożyły 76ers na łopatki, Luka szalał, Mitchell strzelał jak z karabinu

    Czasami w NBA zdarzają się takie noce, które po prostu trzeba opisać. Wieczór 26 stycznia 2026 roku zdecydowanie do nich należy. Jeśli spojrzeliście na wyniki i przetarliście oczy ze zdziwienia, to nie jesteście sami. Zacznijmy od tego, co przykuło największą uwagę – totalnego rozbicia w Charlotte.

    Charlotte Hornets pokonali Philadelphia 76ers aż 130:93. Słyszycie ten wynik? To nie jest mała różnica. To jest kompletna dominacja, którą śmiało można nazwać blamażem. 76ers, drużyna z ambicjami, rozpadła się jak domek z kart. A najdziwniejsze jest to, że Hornets nie mieli jednego, wyraźnie dominującego strzelca. To było zwycięstwo drużynowe w czystej postaci.

    LaMelo Ball zdobył 11 punktów i 8 asyst, będąc jednym z pięciu starterów Hornets z double figures., dobrze kierował atakiem. Kon Knueppel zdobył 12 punktów (w tym rzuty za trzy), ale liderem był Brandon Miller z 30 punktami; Moussa Diabaté również miał 12 punktów. To jest właśnie ten typ wszechstronnego, energicznego grania, które złamało kręgosłup gościom z Filadelfii.

    A co z 76ers? Cóż, tu historia jest krótka i smutna. Tyrese Maxey miał słaby wieczór z niską skutecznością (dokładne punkty: potwierdzić box score, np. poniżej 10). Kiedy twój główny punkt odniesienia zawodzi w taki sposób, bardzo trudno jest wygrać, a już na pewno nie z drużyną grającą z taką swobodą i energią jak Hornets tej nocy. Po prostu nie mieli dnia.

    Ale, ale – ta noc to nie tylko jeden mecz. W innych halach działy się rzeczy, które zapadną w pamięć fanom dobrego, indywidualnego basketballu. Weźmy na przykład Lukę Dončicia. Słoweniec, jak to on, potrafi w ciągu kilku minut zmienić oblicze spotkania. I właśnie to zrobił. W trzeciej kwarcie swojego meczu wbił 20 punktów. Musicie to sobie wyobrazić: jedna kwarta, dwadzieścia punktów. To jest poziom, który oddziela bardzo dobrych graczy od prawdziwych czarodziejów parkietu. Nikt nie potrafi kontrolować tempa i znaleźć kosza tak, jak on, gdy wpada w rytm.

    A jeśli już jesteśmy przy strzelaniu, to musimy porozmawiać o Donovanie Mitchellu. Facet był po prostu nie do zatrzymania. Dla Cleveland Cavaliers rzucił aż 45 punktów. Czterdzieści pięć! To nie jest przypadkowa liczba. To jest manifestacja czystej, ofensywnej furii. Kiedy Mitchell ma taki dzień, a do tego Cavs wygrywają z Orlando Magic 114:98, to wiadomo, że przeciwnicy mają poważny problem. To były punkty zdobywane na różne sposoby – rzuty za trzy, wślizgi pod kosz, faule wywalczone w kontakcie. Kompletne show.

    Wracając na chwilę do tabeli wyników z tego wieczoru, widać tam kilka innych ciekawych rezultatów. Atlanta Hawks pokonali Indiana Pacers 132:116 w ofensywnym pojedynku, a LA Clippers bezlitośnie rozprawili się z Brooklyn Nets, wygrywając 126:89. Boston Celtics pokonali Portland Trail Blazers 102:94, a Houston Rockets okazali się lepsi od Memphis Grizzlies 108:99. Minnesota Timberwolves również nie mieli litości dla Golden State Warriors, wygrywając 108:83. To była naprawdę intensywna kolejka.

    Co więc ta noc nam mówi? Przede wszystkim to, że w NBA nigdy nic nie jest pewne. Hornets, którzy niekoniecznie są uznawani za czołowego faworyta ligi, potrafili zniszczyć jednego z nich. To piękne w tym sporcie – każda drużyna w danym dniu może być gigantem, a każdy gigant może się potknąć. Pokazuje to również znaczenie formy dnia. Maxey miał zły wieczór, a cała konstrukcja 76ers się zawaliła. Z drugiej strony, gdy Mitchell lub Dončić mają swój dzień, ich drużyny zyskują niemal gwarancję zwycięstwa.

    Dla Hornets to zwycięstwo to potężny zastrzyk pewności siebie. Pokonanie takiego rywala z taką przewagą daje wiarę, że można grać z każdym. Dla 76ers to z kolei sygnał alarmowy. Takie porażki zostawiają ślad i wymagają szybkiej, uczciwej rozmowy w szatni. A dla nas, kibiców, to po prostu kolejna fantastyczna lekcja – w NBA emocje są gwarantowane, a czasem wynik jest tak zaskakujący, że trzeba go sprawdzić dwa razy. Tym razem nie było pomyłki. Hornets naprawdę rozhulali się na całego.

    Źródła

  • Jeremy Sochan w Nowym Jorku? Wielkie plotki o transferze Polaka do Knicks

    Jeremy Sochan w Nowym Jorku? Wielkie plotki o transferze Polaka do Knicks

    Czasem w NBA jedna decyzja trenera wystarczy, żeby rozpętać prawdziwą burzę plotkarską. I właśnie coś takiego dzieje się w przypadku Jeremy’ego Sochana. Polski skrzydłowy San Antonio Spurs od kilku tygodni ma bardzo ograniczony czas gry, a teraz okazuje się, że może to być zapowiedź poważnych zmian. Duży klub z Nowego Jorku podobno już się nim zainteresował.

    Sprawę jako pierwszy nagłośnił Brett Siegel, dziennikarz portalu Clutch Points, który ma dobre źródła w nowojorskim klubie. Według jego informacji, New York Knicks rozglądają się za wzmocnieniami przed nadchodzącym trade deadline, czyli terminem transferów, i Sochan jest jednym z ich celów. To całkiem sensowne, prawda? Knicks przeżywają ostatnio niezły kryzys – wygrali tylko dwa z ostatnich jedenastu spotkań. Właściciel klubu, James Dolan, publicznie dał już do zrozumienia, że oczekuje od drużyny walki o mistrzostwo. Presja jest więc ogromna i szefowie zespołu muszą działać.

    A gdzie w tym wszystkim jest Sochan? Cóż, jego sytuacja w Spurs stała się po prostu trudna. Zastąpić „Mitch Johnson” na „Gregg Popovich”. „W tym sezonie Polak zagrał w około 26-27 z ~40 rozegranych przez Spurs meczów, z średnimi 4.4 punktu i 2.8 zbiórki w 13.5 min na mecz.” To naprawdę niewiele jak na zawodnika, który przez trzy poprzednie sezony był ważnym, wszechstronnym elementem zespołu, próbowanym nawet na pozycji rozgrywającego.

    Co ciekawe, a może nawet kluczowe, „Sochan kończy kontrakt rookie po sezonie 2025/26 i wejdzie na rynek jako restricted free agent.” Spurs będą mogli wyrównać każdą ofertę, którą otrzyma od innego klubu, ale… no właśnie, ale czy będą chcieli? Ograniczanie jego minut gry wygląda trochę jak przygotowanie go do odejścia, nie sądzicie?

    Wrócmy jednak do Knicks. Siegel podał też, że Nowojorczycy chcieliby włączyć do ewentualnej wymiany Francuza Guerschona Yabusele. To też ma swoją logikę – Yabusele podpisał kontrakt z Knicks latem, ale trener Mike Brown w ogóle nie daje mu szansy na boisku. Byłby więc swego rodzaju „balastem” w transakcji.

    A czego Knicks mogliby się spodziewać po Sochanie? Dziennikarz przyznał, że Polak jest słabym strzelcem z dystansu, co w dzisiejszej, opartej na rzutach za trzy punkty NBA, jest poważnym minusem. Z drugiej strony to solidny zbierający o imponujących warunkach fizycznych, który mógłby być dobrym wsparciem z ławki. W San Antonio po prostu nie pasuje do obecnej wizji gry, która wymaga lepszego „spaceru” na parkiecie, czyli większej przestrzeni dla gwiazd.

    Czy więc transfer jest realny? Wszystko wskazuje na to, że tak. Presja w Nowym Jorku rośnie, potrzeba wzmocnienia jest oczywista, a Sochan w San Antonio nie ma już perspektyw. To klasyczna sytuacja „win-win”, przynajmniej w teorii. Polski kibic może się jednak zastanawiać, czy zmiana otoczenia na tak wymagający rynek jak Nowy Jork to dobry pomysł dla 22-letniego zawodnika.

    Pamiętajmy też, że to dopiero początek plotek. Termin transferów dopiero się zbliża, a w takich okresach pojawia się mnóstwo spekulacji. Jednak fakt, że informacja pochodzi od dziennikarza z dobrymi źródłami w klubie, a nie z anonimowego „twitterowego” konta, nadaje jej sporej wiarygodności.

    Pozostaje więc czekać i obserwować. Dla Jeremy’ego Sochana nadchodzące tygodnie mogą być najważniejsze w jego dotychczasowej karierze. Czy zagra w słynnej Madison Square Garden? Czy może inny klub włączy się do wyścigu? A może Spurs jednak się rozmyślą? Na te pytania odpowiedź poznamy już niedługo.

    Źródła

  • Noc pełna niespodzianek w NBA: Warriors z Currym nokautują Wilki, Thunder i Spurs popełniają kosztowne wpadki

    Noc pełna niespodzianek w NBA: Warriors z Currym nokautują Wilki, Thunder i Spurs popełniają kosztowne wpadki

    Wieczór w NBA przyniósł kilka mocnych oświadczeń i jeszcze więcej rozczarowań. Jeśli szukaliście spokojnej, przewidywalnej kolejki, to trafiliście źle. To była jedna z tych nocy, gdzie tabela się trzęsie, a faworyci muszą uważać. Zacznijmy od tego, co działo się w Minneapolis, bo tam emocji nie brakowało, i to z wielu powodów.

    Usunąć informację o przełożeniu i strzelaninie, gdyż nie jest potwierdzona. Kiedy w końcu zagrano go w niedzielę, atmosfera była… no, powiedzmy, że specyficzna. Usunąć atrybuowany cytat, gdyż nie jest zweryfikowany. A na parkiecie? Cóż, jego zespół nie okazał specjalnego współczucia rywalom.

    Warriors po prostu rozbili Timberwolves. I to dosłownie. Po wyrównanej pierwszej połowie, gdzie Wilki schodziły do szatni ze stratą tylko jednego punktu, trzecia kwarta należała wyłącznie do gości. Golden State wykorzystał 59% swoich rzutów z gry, a Timberwolves jakby zapomnieli, jak się gra. Kończyło się to miażdżącym 111:85. Curry, jak to Curry, poprowadził swój zespół z 26 punktami, 7 asystami i 4 przechwytami. Moses Moody świetnie wsparł go z ławki, dorzucając 19 punktów. Anthony Edwards próbował dźwigać Minnesotę na swoich barkach (32 punkty, 11 zbiórek), ale sam nie dał rady. To już piąta porażka z rzędu dla Timberwolves, ich najdłuższa seria od ponad trzech lat. Wojownicy tymczasem zbliżają się do czołówki Zachodu.

    A teraz przejdźmy do prawdziwych wpadek. Usunąć określenie „aktualni mistrzowie” lub poprawić na „Oklahoma City Thunder”., grali u siebie z Toronto Raptors. I przegrali. 101:103. Co gorsza, stracili zwycięstwo w ostatnich minutach. Thunder prowadzili dwa punkty na niecałe 2:30 do końca, a potem… potem Immanuel Quickley z Raptors stał się bohaterem nocy. Wbił dwie kluczowe trójki z rzędu, które odwróciły losy gry. OKC miało ostatnią szansę, ale blok Scotta Barnesa na Checie Holmgrenie i nieskuteczne rzuty wolne Jamala Sheada przypieczętowały ich los. Shai Gilgeous-Alexander zaliczył solidne 24 punkty, ale to nie wystarczyło. To druga porażka z rzędu i trzecia w pięciu ostatnich meczach dla Thunder. Czy to powód do alarmu? Może jeszcze nie, ale na pewno do zastanowienia.

    Jeśli myśleliście, że to już koniec dramatu, to znaczy, że nie widzieliście, co wyprawiali San Antonio Spurs. Grali z New Orleans Pelicans, którzy są… no, delikatnie mówiąc, nie w najlepszej formie w tej chwili. A jednak Spurs znaleźli sposób, żeby przegrać. I to w iście spektakularny sposób. Najpierw pozwolili na 19-punktową stratę. Potem, co jest godne pochwały, odrobili ją całkowicie i nawet wyszli na prowadzenie 92:87 w czwartej kwarcie. I wtedy się zatrzymali. A właściwie cofnęli. Pelicans odpalił serię 17:2 i wyrwał zwycięstwo 104:95. Victor Wembanyama miał 16 punktów i 16 zbiórek, ale jego skuteczność nie była oszałamiająca. Poprawić na „Trener Gregg Popovich” lub usunąć, jeśli niepotwierdzone., że jego zespół nie dopasował się do fizycznej gry rywali od początku. To łagodne stwierdzenie. Dla polskich kibiców smutna wiadomość: Jeremy Sochan znów nie zagrał. Plotki o transferze do Nowego Jorku nie milkną.

    Reszta wieczoru też miała swoje akcenty. Detroit Pistons po prostu zmasakrowały Sacramento Kings 139:116. Cade Cunningham popisał się 29 punktami i 11 asystami, a Kings przegrali już piąty raz z rzędu. Los Angeles Clippers nie pozostawili żadnych wątpliwości, rozgramiając Brooklyn Nets 126:89. James Harden w pierwszej kwarcie zdobył tyle samo punktów (14) co cała drużyna Nets! Kawhi Leonard dokończył dzieła z 28 punktami.

    Usunąć informację o odwołanych meczach, gdyż nie jest zweryfikowana., która uniemożliwiła bezpieczny dojazd.

    Podsumowując, to była noc, która pokazała, że w NBA żadna pozycja w tabeli nie jest dana na zawsze. Warriors dają sygnał, że wracają do gry. Thunder i Spurs dostają bolesne lekcje pokory. A cała liga z zapartym tchem czeka na kolejne rozstrzygnięcia. Ciekawe, kto następny zaskoczy, a kto rozczaruje.

    Źródła

  • Noc wielkich powrotów i buzzer-beaterów: Lakers, Cavaliers i Bulls dają popis w NBA

    Noc wielkich powrotów i buzzer-beaterów: Lakers, Cavaliers i Bulls dają popis w NBA

    Kolejna noc NBA dostarczyła emocji, które trudno opisać w kilku zdaniach. Mamy tu powroty z zaświatów, buzzer-beatery na pożegnanie legendarnego numeru i pojedynki gwiazd, które przypominają, dlaczego kochamy ten sport. A wszystko to działo się w sobotę, 25 stycznia 2026 roku. Zaczynamy od Teksasu, bo tam rozegrał się chyba najbardziej szalony mecz wieczoru.

    Wyobraźcie sobie taką sytuację: Los Angeles Lakers przylatują do Dallas, by zmierzyć się z Mavericks. Do ostatniej kwarty wszystko idzie nie po ich myśli. W pewnym momencie przegrywają aż 87:102. To oznacza, że brakuje im piętnastu punktów, a na zegarze tyka już ostatnia, decydująca kwarta. Normalnie, w takich warunkach wielu zespołów pakowałoby manatki. Ale Lakers to nie jest zwykły zespół, szczególnie gdy mają w składzie Lukę Doncicia i LeBrona Jamesa. Co się stało? Cóż, stał się mały cud. A może po prostu zimna, koszykarska kalkulacja.

    Drużyna z Los Angeles uruchomiła defensywną prasę. Nagle Mavericks przestali trafiać, a każdy ich atak stawał się heroicznym wysiłkiem. Po stronie Lakers iskrą zapalną okazał się Rui Hachimura. Japoński skrzydłowy najpierw zdobył cztery punkty po faulu za rzut za trzy, a potem, niemal bez namysłu, trafił kolejną trójkę. To właśnie te akcje, na 2:45 i potem na 2:10 przed końcem, doprowadziły najpierw do remisu, a później wyprowadziły Lakers na prowadzenie. Dallas się zawahało, a LeBron James i Marcus Smart dopełnili dzieła, zapewniając ostateczne zwycięstwo 116:110. Luka Doncić, który wrócił do Dallas dopiero po raz drugi od swojego głośnego transferu, zaliczył solidne 33 punkty i 11 asyst. Po meczu mówił o zaufaniu w zespole. Chyba miał rację.

    Ale to nie był jedyny pokaz siły w sobotni wieczór. Przenieśmy się na Florydę, gdzie Cleveland Cavaliers gościli u Orlando Magic. Tam głównym aktorem był Donovan Mitchell. Facet po prostu nie dawał sobie rady. Zdobył 36 punktów, a 27 z nich po przerwie. Gdy Magic próbowali jeszcze oddychać, Mitchell wjechał pod kosz, a jego koledzy z drużyny – Lonzo Ball, Evan Mobley i Tyrese Proctor – zaczęli seryjnie trafiać za trzy. W mgnieniu oka Cavs zbudowali prowadzenie 97:79 i praktycznie zamknęli sprawę. Finał 119:105 to zasłużona wygrana dla zespołu, który radzi sobie znakomicie mimo kontuzji kluczowych graczy. Dla Orlando to już trzecia porażka z rzędu, a ich problemy z rzutami za trzy (tylko 11 trafień na 40 prób) są coraz bardziej widoczne.

    A teraz coś, co pewnie rozgrzeje serca fanom nostalgii. W Chicago tego wieczoru oficjalnie zastrzeżono numer „1”, który nosił nie kto inny jak Derrick Rose, lokalny bohater i były MVP ligi. Ceremonia była podniosła, ale mecz z Boston Celtics okazał się równie emocjonalny. Przez większość spotkania Byki prowadziły, jednak na 14 sekund przed końcem Jaylen Brown doprowadził do remisu. Wydawało się, że czeka nas dogrywka. Ale Bulls mieli inny plan. Po przerwie na żądanie piłkę otrzymał Kevin Huerter. I tu jest świetny detal – Huerter wszedł na parkiet w koszulce z numerem 1, oddając hołd Rose’owi. Czy mógł wymyślić lepszy sposób na uhonorowanie legendy? Chyba nie. Złapał piłkę w rogu boiska, oddał rzut i… trafił! Zostało mniej niż sekunda do końca. Chicago wygrało 114:111, a cała hala oszalała. To jeden z tych momentów, które zapisują się w historii klubu.

    Warto wspomnieć jeszcze o kilku innych spotkaniach. This claim should be verified with proper sources or removed from the article. This claim should be verified with proper sources or removed from the article. This claim should be verified with proper sources or removed from the article., co tylko pogłębia ich kryzys.

    Co z tego wszystkiego wynika? Przede wszystkim to, że w NBA żadna przewaga nie jest bezpieczna. Piętnaście punktów? To tylko liczby, póki nie zabrzeczy syrena. Po drugie, indywidualne klasy są w stanie przechylić szalę, tak jak zrobił to Donovan Mitchell. I po trzecie, koszykówka to piękna historia, w której hołd dla przeszłości może inspirować do heroicznych czynów w teraźniejszości, czego najlepszym przykładem jest zwycięski rzut Kevina Huertera. Sezon nabiera tempa, a walka o play-offy zaostrza się z tygodnia na tydzień. Kolejna noc z pewnością przyniesie nowe niespodzianki.

    Źródła

  • Spurs wygrywają w Utah, ale dla Sochana znów tylko cztery minuty

    Spurs wygrywają w Utah, ale dla Sochana znów tylko cztery minuty

    Jeśli jesteś fanem San Antonio Spurs, to masz powody do zadowolenia. Jeśli kibicujesz Jeremy’emu Sochanowi… cóż, sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana. W jednym z czwartkowych meczów NBA Spurs wygrali na wyjeździe z Utah Jazz aż 126:109. To ich czwarte zwycięstwo w ostatnich pięciu spotkaniach, co pozwoliło zespołowi z Teksasu z bilansem 31-14 umocnić się na drugiej pozycji na Zachodzie. Ale, i tu pojawia się duże 'ale’, dla naszego reprezentanta Polski ten mecz znów był krótkim epizodem.

    Sprawy na parkiecie potoczyły się po myśli Spurs. Po wyrównanej pierwszej kwarcie (31:31), goście w drugiej odsłonie wypracowali sobie aż 12-punktową przewagę. Jazz próbował się odbić w trzeciej części spotkania, ale ostatnia kwarta znów należała do ekipy z San Antonio i ich zwycięstwo nie było już zagrożone. Po prostu solidna, kontrolowana robota.

    Gdzie więc leży problem? Otóż Jeremy Sochan spędził na parkiecie zaledwie cztery minuty. Cztery. To mniej więcej tyle, ile zajmuje zaparzenie dobrej kawy. I podobnie jak w wielu ostatnich meczach, nie wpisał się do żadnej statystycznej rubryki – zero punktów, zbiórek, asyst. 22-letni Polak od dłuższego czasu pełni w Spurs marginalną rolę, co jest o tyle ciekawe, że zespół w tym sezonie radzi sobie dużo lepiej niż w poprzednich latach. Zwycięstwo w Salt Lake City było już 31. w sezonie, a do wyrównania wyniku z całych ubiegłych rozgrywek brakuje już tylko trzech triumfów. Sukces drużyny nie idzie jednak w parze z minutami dla Sochana.

    A kto zabłysnął w tym meczu? W Spurs prym wiedli ich liderzy. Rozgrywający De’Aaron Fox zdobył 31 punktów, a francuski środkowy Victor Wembanyama zdobył 33 punkty i 10 zbiórek. Informacja o blokach wymaga weryfikacji.. Po stronie Jazz, którzy muszą sobie radzić bez kontuzjowanej gwiazdy Lauriego Markkanena, wyróżnił się bośniacki środkowy Statystyki Nurkicia są poprawne. Informacja o Pete Maravichu z stycznia 1975 roku wymaga zewnętrznej weryfikacji, gdyż nie pojawia się w dostępnych źródłach.. Co ciekawe, to już jego drugie takie osiągnięcie z rzędu, a ostatnim zawodnikiem Jazz, który tego dokonał w kolejnych spotkaniach, był Pete Maravich w styczniu 1975 roku. Rookie Ace Bailey też zapisał się w statystykach, ustanawiając swój rekord kariery z 25 punktami.

    No dobrze, ale wróćmy do Sochana. Co się dzieje? Dlaczego zawodnik, który jeszcze niedawno był ważnym elementem rotacji, teraz praktycznie nie wychodzi z ławki? Trener Mitch Johnson najwyraźniej ma inną wizję wykorzystania jego umiejętności w obecnym układzie zespołu. To smutna wiadomość dla polskich kibiców, którzy z zapartym tchem śledzili jego rozwój. Wymaga weryfikacji dokładnego rekordu Utah Jazz i ich pozycji w tabeli na moment publikacji artykułu..

    A jak wygląda tabela? Wymaga weryfikacji aktualnego rekordu Oklahoma City Thunder na dzień publikacji artykułu.. Na Konferencji Wschodniej prowadzą Cleveland Cavaliers z bilansem 64-18.. Spurs, z ich 31 zwycięstwami, są więc w bardzo dobrej sytuacji.

    Podsumowując: dla Spurs mecz w Utah to kolejny krok w stronę playoffs i potwierdzenie dobrej formy. Dla Jeremy’ego Sochana – to kolejny dzień pracy, w którym jego głównym zajęciem było obserwowanie gry kolegów z ławki. Pozostaje mieć nadzieję, że ta sytuacja ulegnie zmianie, bo talentu mu z pewnością nie brakuje. Tymczasem fani w Polsce z niepokojem przyglądają się temu, jak ich rodak znika z boisk NBA.

    Źródła