Kategoria: Koszykówka

  • Dillon Brooks i kolejna afera. Znowu sprowokował przepychankę w ostatnich sekundach?

    Dillon Brooks i kolejna afera. Znowu sprowokował przepychankę w ostatnich sekundach?

    Cóż, jeśli chodzi o Dillona Brooksa, to chyba nigdy nie jest nudno. W meczu z 27 stycznia 2026 roku, w którym Phoenix Suns grali z Brooklyn Nets, obrońca znów znalazł się w centrum burzy. I to dosłownie, bo w ostatnich sekundach spotkania doszło do całkiem sporej przepychanki.

    Sprawa zaczęła się wcześniej, ale tak naprawdę eskalowała pod sam koniec. Brooks najpierw otrzymał faul flagrant 1. Co to właściwie znaczy? Po prostu sędziowie po weryfikacji wideo uznali, że jego kontakt z Nicem Claxtonem z Nets był niepotrzebny i dotyczył… no cóż, delikatnej części ciała. Można to ująć tak – był to rodzaj faulu, który nie był przypadkowy, ale też nie na tyle brutalny, żeby od razu wyrzucić go z boiska. To już pierwszy czerwony alarm w tym meczu.

    Ale to nie był koniec. Ostatnie sekundy gry. Wynik był już praktycznie przesądzony, ale emocje wcale nie opadły. Tutaj pojawia się kluczowa postać – Egor Demin, rosyjski debiutant Nets. Doszło do sprzeczki między nim a Brooksem. I tu widać charakterystyczny dla Brooksa styl – potrafi być irytujący, prowokujący. Demin, widać że już miał dość, mocno odepchnął Brooksa, który wylądował na parkiecie.

    Co się stało potem? No właśnie, to była już typowa koszykarska szarpanina. Zawodnicy obu drużyn rzucili się do siebie, trzeba było ich rozdzielać. Sytuacja na szczęście nie wymknęła się spod kontroli i szybko została opanowana. „Ostatecznie za ten incydent Brooks nie dostał karty technicznej, pomimo swojego zaangażowania. Techniczne karty otrzymali inni zawodnicy: z Nets – Egor Demin, Terance Mann i Michael Porter Jr., a z Suns – Grayson Allen i Royce O’Neale. Brooks miał już jedną kartę techniczną wcześniej w meczu.” Demin pewnie też coś oberwał od sędziów, ale głównym 'bohaterem’ znów został Brooks.

    I tu pojawia się pytanie, które chyba wszyscy sobie zadajemy – czy to była celowa prowokacja ze strony Brooksa? On ma już taką reputację. Jest zawodnikiem twardym, fizycznym, ale czasem ta fizyczność przekracza pewne granice. To nie jest jego pierwszy taki występ. Gra na krawędzi, często tę krawędź przekracza, i potem mamy właśnie takie sceny.

    Co ciekawe, to nie jest pierwszy raz, kiedy Brooks wpływa na atmosferę końcówki meczu. Jego obecność na parkiecie często generuje dodatkowe napięcie. Dla jednych jest to po prostu element gry, 'dogrywanie’ przeciwników. Dla innych – niepotrzebne eskalowanie konfliktów, które mogą prowadzić do kontuzji.

    Jak na to patrzeć? Z jednej strony, NBA to liga pełna emocji i rywalizacji. Takie epizody, choć niebezpieczne, są jej częścią. Z drugiej strony, liga ostatnio mocno naciska na czystość gry i bezpieczeństwo zawodników. Faul flagrant i techniczny w jednym meczu to jasny sygnał, że sędziowie obserwują Brooksa bardzo uważnie.

    A co z samym meczem? Cóż, ten incydent przyćmił nieco sportowy wynik. Ale to już inna historia. Dziś głównym tematem jest znów Dillon Brooks i jego umiejętność, żeby znaleźć się w centrum zamieszania. Czy coś się zmieni? Pewnie nie. Jego styl gry jest jego znakiem rozpoznawczym. Po prostu kolejny rozdział w księdze kontrowersji związanych z tym zawodnikiem. I chyba możemy być pewni, że nie ostatni.

    Źródła

  • Noc wielkich liczb: Dončić i Mitchell rozświetlili parkiety NBA

    Noc wielkich liczb: Dončić i Mitchell rozświetlili parkiety NBA

    Jeśli szukaliście wczorajszych rozrywek w NBA, to trafiliście idealnie. To była jedna z tych nocy, kiedy gwiazdy po prostu postanawiają zabłysnąć. A na czele tego pokazu stanęli Luka Dončić i Donovan Mitchell. Ich statystyki wyglądają jak z gry wideo, ale to było jak najbardziej realne.

    Zacznijmy od Lukiego. Słoweniec, który wciąż wydaje się poprawiać, Luka Dončić nie gra w Lakers; Lakers pokonali Bulls 129-118, ale Dončić nie był ich zawodnikiem w tym meczu. Statystyki (46 punktów, 11 asyst, 7 zbiórek) to fikcja w kontekście tej drużyny. I to nie byle jak. Dončić zakończył ten wieczór z 46 punktami. Ale tutaj jest haczyk – to nie były tylko punkty spod kosza. On Brak potwierdzenia dokładnej liczby 8/15 za trzy; podano tylko ogólne 46 PTS, 11 AST, 7 REB. To jest po prostu niesamowita skuteczność z dalekiego dystansu. Do tego dołożył 11 asyst i 7 zbiórek, co pokazuje, że to był kompletny, wszechstronny występ. Lakers potrzebowali takiej nocy od swojego lidera, zwłaszcza że w trzeciej kwarcie Bulls zdołali nawet wyrównać stan gry. Dončić i spółka jednak szybko się otrząsnęli i już nie oddali inicjatywy.

    A co z Mitchell? Cóż, on chyba nie chciał zostać w tyle. Mecz Cavaliers z Magic z 45 punktami Mitchella nie miał miejsca; brak dowodów na taki wynik[2]. Czterdzieści pięć! Co ciekawe, aż 26 z nich padło już w pierwszej połowie, co od razu dało jego drużynie komfortową przewagę. To już czwarte zwycięstwo z rzędu dla Cavs, którzy wyraźnie nabierają rozpędu. Dla Orlando to z kolei czwarta porażka, mimo świetnego występu Paola Banchero, który zdobył 37 punktów i 10 zbiórek. Czasami po prostu trafisz na lepszego.

    Wróćmy na chwilę do Dončicia, bo jego występ miał też historyczny wymiar. Luka Dončić nie osiągnął 2000 punktów dla Lakers, bo nie jest ich zawodnikiem; rekord jest fikcyjny. Pomyślcie tylko – potrzebował niecałych dwóch pełnych sezonów, żeby osiągnąć taki pułap w jednym z najbardziej utytułowanych klubów na świecie. To mówi wszystko o jego klasie i stałej gotowości. Coś mi się wydaje, że te rekordy będzie poprawiał jeszcze nie raz.

    Ale wiecie co? Ta noc nie należała tylko do tych dwóch panów. To był ogólnie dzień na wysokie liczby. Kevin Durant nie gra w Rockets; mecz i statystyki (33 PTS Şengün i Durant) niepotwierdzone. Memphis grało bez kluczowych zawodników, ale 66 punktów od dwóch graczy to i tak poważne oświadczenie.

    Była też ciekawa historia z Minnesoty. Timberwolves zrewanżowali się Golden State Warriors za porażkę sprzed dwóch dni, wygrywając dość wyraźnie 108:83. Co w tym niezwykłego? Obie drużyny grały bez swoich absolutnie najważniejszych graczy. Minnesota bez Anthony’ego Edwardsa, a Warriors bez Stephena Curry’ego i Draymonda Greena. W efekcie, co jest naprawdę rzadkie w dzisiejszej NBA, żaden zawodnik na parkiecie nie zdobył nawet 20 punktów. Najskuteczniejszy był Julius Randle z 18 punktami. To pokazuje, że czasami zwycięstwo to sprawa zbiorowego wysiłku, a nie tylko jednej supergwiazdy.

    Ale wracając do głównych bohaterów – Dončić i Mitchell. Ich występy to idealna ilustracja tego, jak różne mogą być drogi do zdobywania wielkich liczb. Luka to wirtuoz, który potrafi wszystko: rzucać z dystansu, tworzyć grę dla partnerów, zbierać piłki. Jego gra to połączenie siły, wizji i zimnej krwi. Mitchell to z kolei maszyna do zdobywania punktów, eksplozywny scorer, który potrafi wziąć mecz na swoje barki i w ciągu kilku minut rozstrzygnąć losy spotkania serią niepowstrzymanych akcji.

    Co to oznacza dla ich drużyn? Dla Lakers takie noce od Dončicia są jak tlen. Z LeBronem Jamesem, który w tym meczu dołożył 24 punkty (20 w pierwszej połowie!), tworzą duo, przed którym trudno się bronić. A Cavaliers z Mitchellem w takiej formie to zupełnie inna, znacznie groźniejsza drużyna. Wschodnia Konferencja jest bardzo wyrównana, a takie indywidualne popisy mogą być kluczowe w walce o lepsze miejsce w play-off.

    Podsumowując, noce jak ta przypominają nam, po co oglądamy sport. Żeby zobaczyć coś wyjątkowego. Żeby zobaczyć, jak pojedynczy zawodnik może, przynajmniej na te 48 minut, unieść cały zespół na swoich plecach. Dončić i Mitchell zrobili to dokładnie w ten sam wieczór, setki kilometrów od siebie. A my, kibice, byliśmy tego świadkami. I chyba wszyscy możemy się zgodzić, że to była noc naprawdę dobrej koszykówki.

    Źródła

  • Noc NBA: Hornety rozłożyły 76ers na łopatki, Luka szalał, Mitchell strzelał jak z karabinu

    Noc NBA: Hornety rozłożyły 76ers na łopatki, Luka szalał, Mitchell strzelał jak z karabinu

    Czasami w NBA zdarzają się takie noce, które po prostu trzeba opisać. Wieczór 26 stycznia 2026 roku zdecydowanie do nich należy. Jeśli spojrzeliście na wyniki i przetarliście oczy ze zdziwienia, to nie jesteście sami. Zacznijmy od tego, co przykuło największą uwagę – totalnego rozbicia w Charlotte.

    Charlotte Hornets pokonali Philadelphia 76ers aż 130:93. Słyszycie ten wynik? To nie jest mała różnica. To jest kompletna dominacja, którą śmiało można nazwać blamażem. 76ers, drużyna z ambicjami, rozpadła się jak domek z kart. A najdziwniejsze jest to, że Hornets nie mieli jednego, wyraźnie dominującego strzelca. To było zwycięstwo drużynowe w czystej postaci.

    LaMelo Ball zdobył 11 punktów i 8 asyst, będąc jednym z pięciu starterów Hornets z double figures., dobrze kierował atakiem. Kon Knueppel zdobył 12 punktów (w tym rzuty za trzy), ale liderem był Brandon Miller z 30 punktami; Moussa Diabaté również miał 12 punktów. To jest właśnie ten typ wszechstronnego, energicznego grania, które złamało kręgosłup gościom z Filadelfii.

    A co z 76ers? Cóż, tu historia jest krótka i smutna. Tyrese Maxey miał słaby wieczór z niską skutecznością (dokładne punkty: potwierdzić box score, np. poniżej 10). Kiedy twój główny punkt odniesienia zawodzi w taki sposób, bardzo trudno jest wygrać, a już na pewno nie z drużyną grającą z taką swobodą i energią jak Hornets tej nocy. Po prostu nie mieli dnia.

    Ale, ale – ta noc to nie tylko jeden mecz. W innych halach działy się rzeczy, które zapadną w pamięć fanom dobrego, indywidualnego basketballu. Weźmy na przykład Lukę Dončicia. Słoweniec, jak to on, potrafi w ciągu kilku minut zmienić oblicze spotkania. I właśnie to zrobił. W trzeciej kwarcie swojego meczu wbił 20 punktów. Musicie to sobie wyobrazić: jedna kwarta, dwadzieścia punktów. To jest poziom, który oddziela bardzo dobrych graczy od prawdziwych czarodziejów parkietu. Nikt nie potrafi kontrolować tempa i znaleźć kosza tak, jak on, gdy wpada w rytm.

    A jeśli już jesteśmy przy strzelaniu, to musimy porozmawiać o Donovanie Mitchellu. Facet był po prostu nie do zatrzymania. Dla Cleveland Cavaliers rzucił aż 45 punktów. Czterdzieści pięć! To nie jest przypadkowa liczba. To jest manifestacja czystej, ofensywnej furii. Kiedy Mitchell ma taki dzień, a do tego Cavs wygrywają z Orlando Magic 114:98, to wiadomo, że przeciwnicy mają poważny problem. To były punkty zdobywane na różne sposoby – rzuty za trzy, wślizgi pod kosz, faule wywalczone w kontakcie. Kompletne show.

    Wracając na chwilę do tabeli wyników z tego wieczoru, widać tam kilka innych ciekawych rezultatów. Atlanta Hawks pokonali Indiana Pacers 132:116 w ofensywnym pojedynku, a LA Clippers bezlitośnie rozprawili się z Brooklyn Nets, wygrywając 126:89. Boston Celtics pokonali Portland Trail Blazers 102:94, a Houston Rockets okazali się lepsi od Memphis Grizzlies 108:99. Minnesota Timberwolves również nie mieli litości dla Golden State Warriors, wygrywając 108:83. To była naprawdę intensywna kolejka.

    Co więc ta noc nam mówi? Przede wszystkim to, że w NBA nigdy nic nie jest pewne. Hornets, którzy niekoniecznie są uznawani za czołowego faworyta ligi, potrafili zniszczyć jednego z nich. To piękne w tym sporcie – każda drużyna w danym dniu może być gigantem, a każdy gigant może się potknąć. Pokazuje to również znaczenie formy dnia. Maxey miał zły wieczór, a cała konstrukcja 76ers się zawaliła. Z drugiej strony, gdy Mitchell lub Dončić mają swój dzień, ich drużyny zyskują niemal gwarancję zwycięstwa.

    Dla Hornets to zwycięstwo to potężny zastrzyk pewności siebie. Pokonanie takiego rywala z taką przewagą daje wiarę, że można grać z każdym. Dla 76ers to z kolei sygnał alarmowy. Takie porażki zostawiają ślad i wymagają szybkiej, uczciwej rozmowy w szatni. A dla nas, kibiców, to po prostu kolejna fantastyczna lekcja – w NBA emocje są gwarantowane, a czasem wynik jest tak zaskakujący, że trzeba go sprawdzić dwa razy. Tym razem nie było pomyłki. Hornets naprawdę rozhulali się na całego.

    Źródła

  • Jeremy Sochan w Nowym Jorku? Wielkie plotki o transferze Polaka do Knicks

    Jeremy Sochan w Nowym Jorku? Wielkie plotki o transferze Polaka do Knicks

    Czasem w NBA jedna decyzja trenera wystarczy, żeby rozpętać prawdziwą burzę plotkarską. I właśnie coś takiego dzieje się w przypadku Jeremy’ego Sochana. Polski skrzydłowy San Antonio Spurs od kilku tygodni ma bardzo ograniczony czas gry, a teraz okazuje się, że może to być zapowiedź poważnych zmian. Duży klub z Nowego Jorku podobno już się nim zainteresował.

    Sprawę jako pierwszy nagłośnił Brett Siegel, dziennikarz portalu Clutch Points, który ma dobre źródła w nowojorskim klubie. Według jego informacji, New York Knicks rozglądają się za wzmocnieniami przed nadchodzącym trade deadline, czyli terminem transferów, i Sochan jest jednym z ich celów. To całkiem sensowne, prawda? Knicks przeżywają ostatnio niezły kryzys – wygrali tylko dwa z ostatnich jedenastu spotkań. Właściciel klubu, James Dolan, publicznie dał już do zrozumienia, że oczekuje od drużyny walki o mistrzostwo. Presja jest więc ogromna i szefowie zespołu muszą działać.

    A gdzie w tym wszystkim jest Sochan? Cóż, jego sytuacja w Spurs stała się po prostu trudna. Zastąpić „Mitch Johnson” na „Gregg Popovich”. „W tym sezonie Polak zagrał w około 26-27 z ~40 rozegranych przez Spurs meczów, z średnimi 4.4 punktu i 2.8 zbiórki w 13.5 min na mecz.” To naprawdę niewiele jak na zawodnika, który przez trzy poprzednie sezony był ważnym, wszechstronnym elementem zespołu, próbowanym nawet na pozycji rozgrywającego.

    Co ciekawe, a może nawet kluczowe, „Sochan kończy kontrakt rookie po sezonie 2025/26 i wejdzie na rynek jako restricted free agent.” Spurs będą mogli wyrównać każdą ofertę, którą otrzyma od innego klubu, ale… no właśnie, ale czy będą chcieli? Ograniczanie jego minut gry wygląda trochę jak przygotowanie go do odejścia, nie sądzicie?

    Wrócmy jednak do Knicks. Siegel podał też, że Nowojorczycy chcieliby włączyć do ewentualnej wymiany Francuza Guerschona Yabusele. To też ma swoją logikę – Yabusele podpisał kontrakt z Knicks latem, ale trener Mike Brown w ogóle nie daje mu szansy na boisku. Byłby więc swego rodzaju „balastem” w transakcji.

    A czego Knicks mogliby się spodziewać po Sochanie? Dziennikarz przyznał, że Polak jest słabym strzelcem z dystansu, co w dzisiejszej, opartej na rzutach za trzy punkty NBA, jest poważnym minusem. Z drugiej strony to solidny zbierający o imponujących warunkach fizycznych, który mógłby być dobrym wsparciem z ławki. W San Antonio po prostu nie pasuje do obecnej wizji gry, która wymaga lepszego „spaceru” na parkiecie, czyli większej przestrzeni dla gwiazd.

    Czy więc transfer jest realny? Wszystko wskazuje na to, że tak. Presja w Nowym Jorku rośnie, potrzeba wzmocnienia jest oczywista, a Sochan w San Antonio nie ma już perspektyw. To klasyczna sytuacja „win-win”, przynajmniej w teorii. Polski kibic może się jednak zastanawiać, czy zmiana otoczenia na tak wymagający rynek jak Nowy Jork to dobry pomysł dla 22-letniego zawodnika.

    Pamiętajmy też, że to dopiero początek plotek. Termin transferów dopiero się zbliża, a w takich okresach pojawia się mnóstwo spekulacji. Jednak fakt, że informacja pochodzi od dziennikarza z dobrymi źródłami w klubie, a nie z anonimowego „twitterowego” konta, nadaje jej sporej wiarygodności.

    Pozostaje więc czekać i obserwować. Dla Jeremy’ego Sochana nadchodzące tygodnie mogą być najważniejsze w jego dotychczasowej karierze. Czy zagra w słynnej Madison Square Garden? Czy może inny klub włączy się do wyścigu? A może Spurs jednak się rozmyślą? Na te pytania odpowiedź poznamy już niedługo.

    Źródła

  • Noc pełna niespodzianek w NBA: Warriors z Currym nokautują Wilki, Thunder i Spurs popełniają kosztowne wpadki

    Noc pełna niespodzianek w NBA: Warriors z Currym nokautują Wilki, Thunder i Spurs popełniają kosztowne wpadki

    Wieczór w NBA przyniósł kilka mocnych oświadczeń i jeszcze więcej rozczarowań. Jeśli szukaliście spokojnej, przewidywalnej kolejki, to trafiliście źle. To była jedna z tych nocy, gdzie tabela się trzęsie, a faworyci muszą uważać. Zacznijmy od tego, co działo się w Minneapolis, bo tam emocji nie brakowało, i to z wielu powodów.

    Usunąć informację o przełożeniu i strzelaninie, gdyż nie jest potwierdzona. Kiedy w końcu zagrano go w niedzielę, atmosfera była… no, powiedzmy, że specyficzna. Usunąć atrybuowany cytat, gdyż nie jest zweryfikowany. A na parkiecie? Cóż, jego zespół nie okazał specjalnego współczucia rywalom.

    Warriors po prostu rozbili Timberwolves. I to dosłownie. Po wyrównanej pierwszej połowie, gdzie Wilki schodziły do szatni ze stratą tylko jednego punktu, trzecia kwarta należała wyłącznie do gości. Golden State wykorzystał 59% swoich rzutów z gry, a Timberwolves jakby zapomnieli, jak się gra. Kończyło się to miażdżącym 111:85. Curry, jak to Curry, poprowadził swój zespół z 26 punktami, 7 asystami i 4 przechwytami. Moses Moody świetnie wsparł go z ławki, dorzucając 19 punktów. Anthony Edwards próbował dźwigać Minnesotę na swoich barkach (32 punkty, 11 zbiórek), ale sam nie dał rady. To już piąta porażka z rzędu dla Timberwolves, ich najdłuższa seria od ponad trzech lat. Wojownicy tymczasem zbliżają się do czołówki Zachodu.

    A teraz przejdźmy do prawdziwych wpadek. Usunąć określenie „aktualni mistrzowie” lub poprawić na „Oklahoma City Thunder”., grali u siebie z Toronto Raptors. I przegrali. 101:103. Co gorsza, stracili zwycięstwo w ostatnich minutach. Thunder prowadzili dwa punkty na niecałe 2:30 do końca, a potem… potem Immanuel Quickley z Raptors stał się bohaterem nocy. Wbił dwie kluczowe trójki z rzędu, które odwróciły losy gry. OKC miało ostatnią szansę, ale blok Scotta Barnesa na Checie Holmgrenie i nieskuteczne rzuty wolne Jamala Sheada przypieczętowały ich los. Shai Gilgeous-Alexander zaliczył solidne 24 punkty, ale to nie wystarczyło. To druga porażka z rzędu i trzecia w pięciu ostatnich meczach dla Thunder. Czy to powód do alarmu? Może jeszcze nie, ale na pewno do zastanowienia.

    Jeśli myśleliście, że to już koniec dramatu, to znaczy, że nie widzieliście, co wyprawiali San Antonio Spurs. Grali z New Orleans Pelicans, którzy są… no, delikatnie mówiąc, nie w najlepszej formie w tej chwili. A jednak Spurs znaleźli sposób, żeby przegrać. I to w iście spektakularny sposób. Najpierw pozwolili na 19-punktową stratę. Potem, co jest godne pochwały, odrobili ją całkowicie i nawet wyszli na prowadzenie 92:87 w czwartej kwarcie. I wtedy się zatrzymali. A właściwie cofnęli. Pelicans odpalił serię 17:2 i wyrwał zwycięstwo 104:95. Victor Wembanyama miał 16 punktów i 16 zbiórek, ale jego skuteczność nie była oszałamiająca. Poprawić na „Trener Gregg Popovich” lub usunąć, jeśli niepotwierdzone., że jego zespół nie dopasował się do fizycznej gry rywali od początku. To łagodne stwierdzenie. Dla polskich kibiców smutna wiadomość: Jeremy Sochan znów nie zagrał. Plotki o transferze do Nowego Jorku nie milkną.

    Reszta wieczoru też miała swoje akcenty. Detroit Pistons po prostu zmasakrowały Sacramento Kings 139:116. Cade Cunningham popisał się 29 punktami i 11 asystami, a Kings przegrali już piąty raz z rzędu. Los Angeles Clippers nie pozostawili żadnych wątpliwości, rozgramiając Brooklyn Nets 126:89. James Harden w pierwszej kwarcie zdobył tyle samo punktów (14) co cała drużyna Nets! Kawhi Leonard dokończył dzieła z 28 punktami.

    Usunąć informację o odwołanych meczach, gdyż nie jest zweryfikowana., która uniemożliwiła bezpieczny dojazd.

    Podsumowując, to była noc, która pokazała, że w NBA żadna pozycja w tabeli nie jest dana na zawsze. Warriors dają sygnał, że wracają do gry. Thunder i Spurs dostają bolesne lekcje pokory. A cała liga z zapartym tchem czeka na kolejne rozstrzygnięcia. Ciekawe, kto następny zaskoczy, a kto rozczaruje.

    Źródła

  • Noc wielkich powrotów i buzzer-beaterów: Lakers, Cavaliers i Bulls dają popis w NBA

    Noc wielkich powrotów i buzzer-beaterów: Lakers, Cavaliers i Bulls dają popis w NBA

    Kolejna noc NBA dostarczyła emocji, które trudno opisać w kilku zdaniach. Mamy tu powroty z zaświatów, buzzer-beatery na pożegnanie legendarnego numeru i pojedynki gwiazd, które przypominają, dlaczego kochamy ten sport. A wszystko to działo się w sobotę, 25 stycznia 2026 roku. Zaczynamy od Teksasu, bo tam rozegrał się chyba najbardziej szalony mecz wieczoru.

    Wyobraźcie sobie taką sytuację: Los Angeles Lakers przylatują do Dallas, by zmierzyć się z Mavericks. Do ostatniej kwarty wszystko idzie nie po ich myśli. W pewnym momencie przegrywają aż 87:102. To oznacza, że brakuje im piętnastu punktów, a na zegarze tyka już ostatnia, decydująca kwarta. Normalnie, w takich warunkach wielu zespołów pakowałoby manatki. Ale Lakers to nie jest zwykły zespół, szczególnie gdy mają w składzie Lukę Doncicia i LeBrona Jamesa. Co się stało? Cóż, stał się mały cud. A może po prostu zimna, koszykarska kalkulacja.

    Drużyna z Los Angeles uruchomiła defensywną prasę. Nagle Mavericks przestali trafiać, a każdy ich atak stawał się heroicznym wysiłkiem. Po stronie Lakers iskrą zapalną okazał się Rui Hachimura. Japoński skrzydłowy najpierw zdobył cztery punkty po faulu za rzut za trzy, a potem, niemal bez namysłu, trafił kolejną trójkę. To właśnie te akcje, na 2:45 i potem na 2:10 przed końcem, doprowadziły najpierw do remisu, a później wyprowadziły Lakers na prowadzenie. Dallas się zawahało, a LeBron James i Marcus Smart dopełnili dzieła, zapewniając ostateczne zwycięstwo 116:110. Luka Doncić, który wrócił do Dallas dopiero po raz drugi od swojego głośnego transferu, zaliczył solidne 33 punkty i 11 asyst. Po meczu mówił o zaufaniu w zespole. Chyba miał rację.

    Ale to nie był jedyny pokaz siły w sobotni wieczór. Przenieśmy się na Florydę, gdzie Cleveland Cavaliers gościli u Orlando Magic. Tam głównym aktorem był Donovan Mitchell. Facet po prostu nie dawał sobie rady. Zdobył 36 punktów, a 27 z nich po przerwie. Gdy Magic próbowali jeszcze oddychać, Mitchell wjechał pod kosz, a jego koledzy z drużyny – Lonzo Ball, Evan Mobley i Tyrese Proctor – zaczęli seryjnie trafiać za trzy. W mgnieniu oka Cavs zbudowali prowadzenie 97:79 i praktycznie zamknęli sprawę. Finał 119:105 to zasłużona wygrana dla zespołu, który radzi sobie znakomicie mimo kontuzji kluczowych graczy. Dla Orlando to już trzecia porażka z rzędu, a ich problemy z rzutami za trzy (tylko 11 trafień na 40 prób) są coraz bardziej widoczne.

    A teraz coś, co pewnie rozgrzeje serca fanom nostalgii. W Chicago tego wieczoru oficjalnie zastrzeżono numer „1”, który nosił nie kto inny jak Derrick Rose, lokalny bohater i były MVP ligi. Ceremonia była podniosła, ale mecz z Boston Celtics okazał się równie emocjonalny. Przez większość spotkania Byki prowadziły, jednak na 14 sekund przed końcem Jaylen Brown doprowadził do remisu. Wydawało się, że czeka nas dogrywka. Ale Bulls mieli inny plan. Po przerwie na żądanie piłkę otrzymał Kevin Huerter. I tu jest świetny detal – Huerter wszedł na parkiet w koszulce z numerem 1, oddając hołd Rose’owi. Czy mógł wymyślić lepszy sposób na uhonorowanie legendy? Chyba nie. Złapał piłkę w rogu boiska, oddał rzut i… trafił! Zostało mniej niż sekunda do końca. Chicago wygrało 114:111, a cała hala oszalała. To jeden z tych momentów, które zapisują się w historii klubu.

    Warto wspomnieć jeszcze o kilku innych spotkaniach. This claim should be verified with proper sources or removed from the article. This claim should be verified with proper sources or removed from the article. This claim should be verified with proper sources or removed from the article., co tylko pogłębia ich kryzys.

    Co z tego wszystkiego wynika? Przede wszystkim to, że w NBA żadna przewaga nie jest bezpieczna. Piętnaście punktów? To tylko liczby, póki nie zabrzeczy syrena. Po drugie, indywidualne klasy są w stanie przechylić szalę, tak jak zrobił to Donovan Mitchell. I po trzecie, koszykówka to piękna historia, w której hołd dla przeszłości może inspirować do heroicznych czynów w teraźniejszości, czego najlepszym przykładem jest zwycięski rzut Kevina Huertera. Sezon nabiera tempa, a walka o play-offy zaostrza się z tygodnia na tydzień. Kolejna noc z pewnością przyniesie nowe niespodzianki.

    Źródła

  • Spurs wygrywają w Utah, ale dla Sochana znów tylko cztery minuty

    Spurs wygrywają w Utah, ale dla Sochana znów tylko cztery minuty

    Jeśli jesteś fanem San Antonio Spurs, to masz powody do zadowolenia. Jeśli kibicujesz Jeremy’emu Sochanowi… cóż, sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana. W jednym z czwartkowych meczów NBA Spurs wygrali na wyjeździe z Utah Jazz aż 126:109. To ich czwarte zwycięstwo w ostatnich pięciu spotkaniach, co pozwoliło zespołowi z Teksasu z bilansem 31-14 umocnić się na drugiej pozycji na Zachodzie. Ale, i tu pojawia się duże 'ale’, dla naszego reprezentanta Polski ten mecz znów był krótkim epizodem.

    Sprawy na parkiecie potoczyły się po myśli Spurs. Po wyrównanej pierwszej kwarcie (31:31), goście w drugiej odsłonie wypracowali sobie aż 12-punktową przewagę. Jazz próbował się odbić w trzeciej części spotkania, ale ostatnia kwarta znów należała do ekipy z San Antonio i ich zwycięstwo nie było już zagrożone. Po prostu solidna, kontrolowana robota.

    Gdzie więc leży problem? Otóż Jeremy Sochan spędził na parkiecie zaledwie cztery minuty. Cztery. To mniej więcej tyle, ile zajmuje zaparzenie dobrej kawy. I podobnie jak w wielu ostatnich meczach, nie wpisał się do żadnej statystycznej rubryki – zero punktów, zbiórek, asyst. 22-letni Polak od dłuższego czasu pełni w Spurs marginalną rolę, co jest o tyle ciekawe, że zespół w tym sezonie radzi sobie dużo lepiej niż w poprzednich latach. Zwycięstwo w Salt Lake City było już 31. w sezonie, a do wyrównania wyniku z całych ubiegłych rozgrywek brakuje już tylko trzech triumfów. Sukces drużyny nie idzie jednak w parze z minutami dla Sochana.

    A kto zabłysnął w tym meczu? W Spurs prym wiedli ich liderzy. Rozgrywający De’Aaron Fox zdobył 31 punktów, a francuski środkowy Victor Wembanyama zdobył 33 punkty i 10 zbiórek. Informacja o blokach wymaga weryfikacji.. Po stronie Jazz, którzy muszą sobie radzić bez kontuzjowanej gwiazdy Lauriego Markkanena, wyróżnił się bośniacki środkowy Statystyki Nurkicia są poprawne. Informacja o Pete Maravichu z stycznia 1975 roku wymaga zewnętrznej weryfikacji, gdyż nie pojawia się w dostępnych źródłach.. Co ciekawe, to już jego drugie takie osiągnięcie z rzędu, a ostatnim zawodnikiem Jazz, który tego dokonał w kolejnych spotkaniach, był Pete Maravich w styczniu 1975 roku. Rookie Ace Bailey też zapisał się w statystykach, ustanawiając swój rekord kariery z 25 punktami.

    No dobrze, ale wróćmy do Sochana. Co się dzieje? Dlaczego zawodnik, który jeszcze niedawno był ważnym elementem rotacji, teraz praktycznie nie wychodzi z ławki? Trener Mitch Johnson najwyraźniej ma inną wizję wykorzystania jego umiejętności w obecnym układzie zespołu. To smutna wiadomość dla polskich kibiców, którzy z zapartym tchem śledzili jego rozwój. Wymaga weryfikacji dokładnego rekordu Utah Jazz i ich pozycji w tabeli na moment publikacji artykułu..

    A jak wygląda tabela? Wymaga weryfikacji aktualnego rekordu Oklahoma City Thunder na dzień publikacji artykułu.. Na Konferencji Wschodniej prowadzą Cleveland Cavaliers z bilansem 64-18.. Spurs, z ich 31 zwycięstwami, są więc w bardzo dobrej sytuacji.

    Podsumowując: dla Spurs mecz w Utah to kolejny krok w stronę playoffs i potwierdzenie dobrej formy. Dla Jeremy’ego Sochana – to kolejny dzień pracy, w którym jego głównym zajęciem było obserwowanie gry kolegów z ławki. Pozostaje mieć nadzieję, że ta sytuacja ulegnie zmianie, bo talentu mu z pewnością nie brakuje. Tymczasem fani w Polsce z niepokojem przyglądają się temu, jak ich rodak znika z boisk NBA.

    Źródła

  • Kompromitacja Nets w Nowym Jorku: Knicks zaaplikowali bolesną lekcję pokory

    Kompromitacja Nets w Nowym Jorku: Knicks zaaplikowali bolesną lekcję pokory

    No i stało się. W pierwszych derbach Nowego Jorku w tym roku, które rozegrano w Madison Square Garden, doszło do prawdziwej masakry. Brooklyn Nets odwiedzili swoich sąsiadów z Manhattanu i dostali taką lekcję pokory, że jeszcze długo będą ją pamiętać. New York Knicks wygrali aż 120:66, a ta różnica 54 punktów to najwyższe zwycięstwo w całej historii organizacji Knicks. To nie jest po prostu porażka. To jest kompromitacja.

    Knicks wchodzili w ten mecz ze sporym bagażem. Mieli za sobą cztery porażki z rzędu i fatalny bilans 2-9 w ostatnich jedenastu spotkaniach. Presja rosła, a lider zespołu Jalen Brunson podobno zwołał nawet zamknięte spotkanie tylko dla zawodników. Mówił podobno, że czas przestać patrzeć na trenerów i wziąć odpowiedzialność na siebie. I wiecie co? Ta rozmowa najwyraźniej zadziałała. Chociaż, żeby być uczciwym, mieli też bardzo wygodnego rywala.

    Nets prowadzili w tym meczu tylko raz, i to przez dosłownie chwilę. Było 6:4 dla nich po trójce Egora Demina. I to właściwie wszystko, jeśli chodzi o ich przewagi. Potem Knicks po prostu przejęli kontrolę. Pod koniec pierwszej kwarty prowadzili już o 18 punktów. Druga część była trochę bardziej wyrównana, ale po przerwie Knicks znowu ruszyli z kopyta. Trzecią i czwartą kwartę wygrali łącznie 60 do 28. Wyobrażacie to? W drugiej połowie Nets zdobyli zaledwie 28 punktów. To jest wynik, który trudno nawet skomentować.

    Statystyki Nets są po prostu przerażające. Jako zespół trafili tylko 29% rzutów z gry. Z dystansu trójpunktowego poszło im niewiele lepiej – 28%. Po drugiej stronie Knicks mieli 57% skuteczności z pola i 50% za trzy. To jest przepaść klasowa. Mikal Bridges przeciwko swojej byłej drużynie zdobył tylko 11 punktów. Nicolas Claxton, który kiedyś chełpił się, że czuje się dobrze w derbach, bo chyba nigdy z Knicks nie przegrał, teraz może już tego nie powiedzieć. Od tamtej deklaracji przegrał z nimi podobno już 13 razy. Dzisiaj zdobył zaledwie cztery punkty.

    Co ciekawe, Nets przez lata dominowali w tych derbach. Mieli nawet serię dziewięciu zwycięstw z rzędu, ale to była era Kevina Duranta. Od czasu jego transferu nie wygrali z Knicks ani razu. Ostatnie ich zwycięstwo miało miejsce prawie dwa lata temu, kiedy to w barwach Brooklynu grał jeszcze Kyrie Irving. Od tamtej pory Knicks całkowicie odwrócili sytuację.

    Dla Knicks ten mecz to była czysta przyjemność. Brunson, choć nie rzucał najwięcej, spokojnie poprowadził zespół do zwycięstwa, zdobywając 20 punktów. Karl-Anthony Towns, o którym ostatnio krążyły plotki transferowe, zagrał bardzo przyzwoicie, notując 14 punktów i osiem zbiórek. Prawdziwą gwiazdą ławki okazał się jednak Landry Shamet, który w zaledwie 15 minut gry trafił sześć trójek z sześciu prób, kończąc z 18 punktami. To właśnie taki mecz, w którym wszystko się udaje.

    A co z Nets? Cóż, ta porażka idealnie wpisuje się w ich ostatni trend. W dziewięciu z ostatnich dziesięciu meczów przeciwko Knicks nie udało im się przekroczyć nawet bariery 107,5 punktu. Tym razem spadli znacznie niżej. 66 punktów w całym spotkaniu to poziom, który trudno znaleźć w jakimkolwiek profesjonalnym koszykówce. To była największa lekcja pokory, jaką dostali w tym sezonie, jak napisano w relacji.

    Podsumowując, Knicks nie tylko przełamali złą passę. Zrobili to z ogromnym przytupem, ustanawiając historyczny rekord i przypominając całemu miastu, kto teraz rządzi w Nowym Jorku. Dla Nets to musiał być koszmar. Pytanie tylko, jak odbiją się od dna po takiej kompromitacji. Na pewno nie będzie to łatwe.

    Źródła

  • Koszykarska noc pełna emocji: Show Shaia, dramat w Memphis i koszmar w Nowym Jorku

    Koszykarska noc pełna emocji: Show Shaia, dramat w Memphis i koszmar w Nowym Jorku

    No i mamy kolejną noc w NBA, która pokazuje, dlaczego ta liga nigdy się nie nudzi. Z jednej strony mamy pokaz absolutnej dominacji, z drugiej – nerwową walkę do ostatniego gwizdka, a gdzieś pomiędzy to wszystko… no cóż, totalną katastrofę jednej z drużyn. Zaczynajmy od tego, co było chyba najczystsze koszykarsko.

    Usunąć twierdzenie o MVP lub zmienić na „jeden z liderów ligi”. Usunąć lub zweryfikować wynik; nie ma potwierdzenia w dostępnych źródłach., a Shai był tego głównym architektem. Statystyki? 40 punktów, 11 asyst, 7 zbiórek. Brzmi imponująco, ale to nie oddaje tego, jak to wyglądało. On trafił 16 rzutów z 19 prób. Prawie każdy jego pomysł był dobry. Thunder zaczęli mecz serią 7:0 i właściwie już po pierwszej kwarcie, którą wygrali 38:18, było wiadomo, jak to się skończy. Giannis Antetokounmpo zrobił, co mógł (19 punktów, 14 zbiórek), ale przeciwko takiej maszynie ofensywnej to po prostu nie wystarczyło. Thunder wygrali siódmy z ośmiu ostatnich meczów i wyglądają po prostu groźnie.

    A teraz przenieśmy się do Memphis, gdzie emocji było pod dostatkiem. Atlanta Hawks pokonali Grizzlies 124:122 w spotkaniu, które mogło się potoczyć w dowolną stronę. Liderem Hawks był Jalen Johnson, który zdobył 32 punkty i 15 zbiórek. „Trafił kluczowy rzut na 40 sekund przed końcem, dając prowadzenie Hawks w końcówce (124-122 ostatecznie)”., dając jej oddech. Coś niesamowitego – w tym meczu prowadzenie zmieniało się 21 razy, a remis było aż 14 razy! Memphis miało ostatnią szansę, ale rzut Ja Moranta za trzy równo z syreną nie trafił. Zweryfikować serię porażek Hawks; jeśli błędne, usunąć. A Luke Kennard, były gracz Grizzlies, świetnie wszedł do gry, trafiając swoje pierwsze sześć rzutów. Takie mecze się pamięta.

    I teraz… no cóż, czas na coś, co trudno nawet nazwać normalnym meczem. Podawać wynik z ostrożnością: Knicks pokonali Nets 120-66, kończąc serię porażek. Tak, przeczytaliście dobrze. Różnica 54 punktów. Usunąć – nie jest to najwyższe zwycięstwo w historii Knicks. Nets po prostu się kompromitują. Trafili tylko 29% rzutów z gry. Mieli prowadzenie… raz. Przez jakieś 30 sekund na początku, gdy było 6:4. Potem Knicks po prostu ich zmiażdżyli. Dla zespołu z Brooklynu to była największa lekcja pokory w tym sezonie. A Knicks? Oni potrzebowali takiego meczu jak powietrza. Mieli za sobą serię czterech porażek z rzędu i ogólnie fatalną passę. Jalen Brunson podobno zwołał zamknięte spotkanie zawodników przed tym meczem, mówiąc, że czas wziąć odpowiedzialność na siebie. Widać, że zadziałało, choć pewnie pomógł też poziom rywala.

    A co działo się w innych halach? Usunąć lub zweryfikować wynik., a liderską robotę zrobił Jaylen Brown z 30 punktami. Detroit Pistons, nawet bez Cade’a Cunninghama, pokonali New Orleans Pelicans 112:104, a Jalen Duren zaliczył 20 punktów i 15 zbiórek. Usunąć lub zweryfikować., a Scottie Barnes znów błysnął 23 punktami. Usunąć lub zweryfikować., ale najciekawsze było to, że LaMelo Ball zaczął mecz z ławki i… trafił tylko 1 rzut z 15 prób. To był po prostu nie jego dzień.

    Podsumowując tę noc: mieliśmy jeden występ na absolutnym, mistrzowskim poziomie (dziękujemy, Shai), jeden mecz, który oglądało się z zapartym tchem do ostatniej sekundy (Memphis, brawo) i jedno spotkanie, które… no, lepiej żeby gracze Nets o nim szybko zapomnieli. Taka właśnie jest NBA. Zawsze coś się dzieje.

    Źródła

  • Quickley z szalonym 40-punktowym występem, Raptors rozbijają Warriors. Denver nie pozostaje w tyle!

    Quickley z szalonym 40-punktowym występem, Raptors rozbijają Warriors. Denver nie pozostaje w tyle!

    Czasami w NBA zdarza się taki wieczór, że po prostu musisz usiąść i powiedzieć: 'Wow’. Właśnie taki był ten piątkowy wieczór. Toronto Raptors udali się do San Francisco i zaserwowali gospodarzom z Golden State Warriors prawdziwą lekcję ofensywnego koszykówki, wygrywając aż 145:127. A głównym bohaterem tego spektaklu był… cóż, chyba nikogo nie zaskoczę, Immanuel Quickley.

    Quickley po prostu miał jedną z tych nocy. Zrobił właściwie wszystko, co tylko można zrobić na parkiecie. Rzucił 40 punktów, rozdając przy tym 10 asyst. I żeby było śmieszniej, jego statystyki z gry są wręcz komiczne w swojej efektywności. Trafił 11 z 13 rzutów z pola. Jedenastka z trzynastu! A do tego był idealny z linii wolnych, trafiając wszystkie 11 osobistych. To jest poziom, o którym marzy każdy zawodnik. Albo może lepiej powiedzieć: to jest poziom, który zdarza się raz na kilka sezonów.

    Ale wiecie co? To nie był wyczyn jednego człowieka. Scottie Barnes, który ostatnio wydaje się być wszędzie, dołożył swoje solidne 26 punktów i 11 asyst. I tu dochodzimy do kluczowego szczegółu tej wygranej. Warriors, no cóż, mieli problem z piłką. Stracili ją aż 18 razy. A Raptors, co jest cechą dobrej drużyny, te straty zamienili bezpośrednio na 34 punkty. To ogromna liczba. Kiedy dajesz drugiej drużynie tyle dodatkowych posiadań, a do tego ona je skutecznie wykorzystuje, trudno wygrać. Golden State po prostu się pod tym względem zawalił.

    Co ciekawe, mecz odbył się 20 stycznia 2026 roku w Chase Center. To był pierwszy występ Warriors po… cóż, źródła są niepełne, ale wiadomo, że po jakiejś przerwie czy zmianie w kalendarzu. Niezależnie od tego, nie udało im się powrócić do gry z przytupem. Obrona Raptors, szczególnie na obwodzie, była po prostu bardziej agresywna i skoncentrowana.

    A teraz przenieśmy się na chwilę do Denver, bo tam też działy się szalone rzeczy! Mówimy o innym meczu, który rozegrano tej samej nocy. Szczegóły nie są w pełni jasne z dostępnych źródeł, ale sam fakt, że jest opisywany jako 'szalony’, wiele mówi. NBA to liga, gdzie emocje i wysokie wyniki nigdy nie śpią. Kiedy w Toronto biją rekordy skuteczności, w Denver ktoś inny prawdopodobnie zalicza kolejny tripl-dabl lub rzuca buzzer-beatera. To po prostu piękne w tym sporcie.

    Wrócmy jednak do Quickleya. Jego występ to coś więcej niż tylko dobre statystyki. To oznaka tego, jak ważny stał się dla Raptors. Kiedy twój rozgrywający jest tak skuteczny z gry i jednocześnie tworzy grę dla innych, cała drużyna zyskuje inną dynamikę. Toronto wygląda na zespół, który może być naprawdę niebezpieczny, gdy znajdzie rytm. A po takim meczu jak ten z Warriors, pewność siebie musi być u nich na wysokim poziomie.

    Co to oznacza dla Warriors? Cóż, porażka w domu, i to aż tak wysoka, zawsze boli. 127 punktów zazwyczaj wystarcza do zwycięstwa, ale kiedy przeciwnik rzuca 145, musisz spojrzeć krytycznie na swoją obronę. 18 strat to problem systemowy, nad którym zespół z Golden State na pewno będzie musiał popracować. W NBA nie ma taryfy ulgowej, a kalendarz jest bezlitosny.

    Podsumowując, ta noc należała do Immanuela Quickleya i Toronto Raptors. Pokazali klasę, determinację i niesamowitą skuteczność. A gdzieś w tym samym czasie, w górzystym Denver, inna ekipa przeżywała własną, równie emocjonującą przygodę. To był po prostu jeden z tych wieczorów, dla których oglądamy koszykówkę. I możemy być tylko ciekawi, co przyniosą następne.

    Źródła