Kategoria: Aktualności

  • Top 10 akcji z NBA All Star Game 2026: Obrazowy zapis rewolucyjnego formatu

    Top 10 akcji z NBA All Star Game 2026: Obrazowy zapis rewolucyjnego formatu

    Los Angeles po raz kolejny było centrum koszykarskiego świata, ale tegoroczny All-Star Game był inny niż wszystkie. Miniturniej rozegrany 15 lutego w nowoczesnym Intuit Dome całkowicie zmienił zasady gry. Ciekawe jest to, że zamiast jednego meczu mieliśmy cztery dwunastominutowe pojedynki, a wszystko w nowej konfiguracji drużyn: USA Stars, USA Stripes oraz World.

    Rewolucja na parkiecie i przed telewizorami

    To nie była tylko zmiana zasad na boisku. Weekend Gwiazd był transmitowany przez dotychczasowych partnerów medialnych NBA. Ale prawdziwa akcja rozgrywała się oczywiście między zawodnikami.

    Prawdziwa walka o każdą akcję

    Nowy format naprawdę zadziałał, jeśli chodzi o konkurencyjność. Nie było już miejsca na odpuszczanie obrony przez trzy kwarty. Każdy z czterech krótkich meczów miał znaczenie dla końcowego rozstrzygnięcia turnieju, co zmusiło gwiazdy do większego zaangażowania.

    MVP całego wydarzenia został Anthony Edwards z zwycięskiej drużyny USA Stars. Jego wszechstronna gra była kwintesencją tego, co widzieliśmy przez cały wieczór: indywidualnego kunsztu w służbie zespołu.

    Top 10 akcji: od buzzer beaterów po alley-oop

    A teraz to, na co wszyscy czekali – subiektywny przegląd największych perełek wieczoru. Trudno powiedzieć, czy którakolwiek z nich była absolutnie najlepsza, bo każda miała swój unikalny charakter.

    • Buzzer beater Scotta Barnesa dla USA Stars w pierwszym meczu turnieju przeciwko World. Czysta realizacja zegara, idealne wyczucie czasu i zimna krew pod presją.
    • Buzzer beater De'Aarona Foxa dla USA Stripes w drugim meczu turnieju. Kolejny przykład mistrzowskiego wyczucia czasu.
    • Efektowny początek pojedynku World vs Stars. Od razu postawili wysoką poprzeczkę energią i kreatywnością, w tym mocne wejście Victora Wembanyamy.
    • Kluczowe akcje obronne, które w końcu zaczęły pojawiać się w tym spotkaniu, jak bloki Wembanyamy.
    • Dominujący występ Kawhiego Leonarda, który zdobył 31 punktów dla USA Stripes w trzecim meczu.
    • Decydująca gra finałowa, w której Edwards i Tyrese Maxey połączyli siły, by zapewnić USA Stars tytuł.

    Warto dodać, że wśród wyróżniających się momentów znalazły się też dalekie trójki oraz precyzyjna gra zespołowa.

    Gwiazda międzynarodowego składu

    Drużyna World, choć ostatecznie przegrała oba swoje mecze i odpadła z turnieju, pokazała się z bardzo dobrej strony. Kilka akcji zagranicznych zawodników, jak właśnie Wembanyama, trafiło do zestawienia najlepszych, udowadniając, że talent poza Stanami Zjednoczonymi kwitnie. Ich gra zespołowa często była bardziej finezyjna niż u amerykańskich rywali.

    Nowy rozdział dla All-Star Game?

    Po latach krytyki za brak defensywy i poważnej rywalizacji, liga NBA znalazła receptę. Ten eksperyment z miniturniejem i krótszymi meczami wydaje się trafiony. Kibice dostali więcej emocjonujących finiszy – ponieważ każdy mecz był krótki, punktacja była zawsze blisko.

    Z drugiej strony, niektórzy tradycjonaliści mogą tęsknić za starym, bardziej swobodnym formatem. Ale ciężko narzekać, gdy widzi się buzzer beatery w pierwszych dwóch z czterech spotkań wieczoru.

    Weekend w Los Angeles pokazał, że All-Star Game może ewoluować bez tracenia swojej esencji – święta ofensywnego kunsztu i atletyzmu. A dziesięć najpiękniejszych akcji z tego wieczoru będzie żyć długo w highlightach i pamięci fanów.

    Źródła

  • Kolenda wybrał Bundesligę. Szok na początku, ale nie żałuje decyzji

    Kolenda wybrał Bundesligę. Szok na początku, ale nie żałuje decyzji

    Łukasz Kolenda miał przed sobą typowy dylemat współczesnego sportowca. Z jednej strony stabilna, dobra finansowo oferta z rodzimej ORLEN Basket Ligi. Z drugiej – wyzwanie i szansa na rozwój za granicą, choć niekoniecznie z gwarancją wyższych zarobków. Wybrał to drugie i przeniósł się do niemieckiej Bundesligi. I jak sam przyznaje, początki były szokujące.

    Na samym wstępie uderzyła go różnica w tempie gry. Bundesliga okazała się po prostu szybsza i bardziej fizyczna niż to, do czego przywykł w Polsce. Nie było miejsca na wahanie czy chwilę zastanowienia. Każdy błąd był natychmiast karany, a presja na boisku – nieporównywalna.

    Na początku był szok – wspominał zawodnik. – Rzeczywiście, poziom jest tu wyższy, gra jest szybsza, bardziej fizyczna. Jest też większy profesjonalizm i zero tolerancji dla jakiegokolwiek zawahania.

    Co ciekawe, ta decyzja nie była podyktowana chęcią zarobienia większych pieniędzy. Kolenda otwarcie przyznaje, że miał w Polsce propozycje, które pod pewnymi względami były dla niego korzystniejsze finansowo. Postawił jednak na coś innego – na doświadczenie, rozwój i sprawdzenie się w jednej z czołowych lig w Europie.

    Szybka adaptacja i dobre statystyki

    Szok minął jednak dość szybko. Polak świetnie zaadaptował się do nowych warunków i zaczął odgrywać kluczową rolę w swoim nowym zespole. Jego statystyki w europejskich pucharach, w których gra jego zespół Rostock Seawolves, są więcej niż przyzwoite. Notuje średnio około 12,3 punktu na mecz, przy dobrym rzucie z dystansu – trafia około 36% swoich prób za linią trzech punktów.

    To pokazuje, że decyzja o wyjeździe, choć trudna, była trafiona. Kolenda nie tylko radzi sobie w nowym środowisku, ale także rozwija swój warsztat. Wymagania ligi niemieckiej zmusiły go do poprawy wielu aspektów swojej gry, zwłaszcza pod względem fizycznym i mentalnym.

    Warto dodać, że taka ścieżka kariery – z Polski do silniejszej ligi zachodniej – wcale nie jest standardem. Wielu polskich zawodników woli pozostać w komfortowych warunkach krajowej ekstraklasy, gdzie znają wszystkich, mają stabilną pozycję i dobre zarobki. Wybór Kolendy wymagał więc sporej odwagi.

    Czego nauczył się za granicą?

    Po kilku miesiącach gry w Niemczech koszykarz może już wskazać konkretne różnice. Poza oczywistą szybkością i fizycznością, docenia większy profesjonalizm całego otoczenia. Od przygotowania drużyny, przez analizę rywali, po podejście do codziennego treningu – wszystko jest na nieco wyższym poziomie.

    Ciekawe jest to, że ta lekcja nie dotyczy tylko koszykówki. To również sprawdzian charakteru i umiejętności radzenia sobie w zupełnie nowej sytuacji. Zmiana kraju, języka, stylu gry i oczekiwań to test dla każdego zawodnika.

    Kolenda zdaje go na dobrym poziomie. Jego dobre występy są najlepszym dowodem na to, że warto czasem wyjść ze strefy komfortu, nawet jeśli wiąże się to z krótkotrwałym szokiem. Długofalowe korzyści – zarówno sportowe, jak i rozwojowe – mogą być znacznie większe.

    Swoją drogą, jego historia może być inspiracją dla innych młodych polskich talentów. Pokazuje, że warto mierzyć wyżej, nawet jeśli początki bywają trudne. Sukces w Bundeslidze otwiera zupełnie nowe możliwości i może być przepustką do jeszcze ciekawszych etapów kariery.

    Czy Polak będzie żałował swojej decyzji? Wszystko na to wskazuje, że nie. Statystyki mówią same za siebie, a on sam podkreśla wartość zdobytego doświadczenia. Czasem w życiu, także w sporcie, nie chodzi tylko o to, co jest tu i teraz na koncie bankowym. Chodzi o rozwój, wyzwania i budowanie czegoś więcej.

    Źródła

  • All Star Game 2026: Stripes dominują World w trzecim starciu

    All Star Game 2026: Stripes dominują World w trzecim starciu

    Team USA Stripes nie pozostawił złudzeń. W trzecim meczu turnieju NBA All Star Game 2026, drużyna reprezentująca amerykańskich zawodników z Konferencji Zachodniej pokonała Team World w zaciętym pojedynku. Wynik 48-45 mówi sam za siebie – to było solidne zwycięstwo.

    Mecz rozegrano 15 lutego 2026 roku, stanowiąc część trzyzespołowego formatu turniejowego. W tym roku liga postawiła na nową formułę, gdzie trzy drużyny – Team USA Stars, Team USA Stripes i Team World – rywalizowały o tytuł najlepszej ekipy weekendu gwiazd. Trzecie spotkanie było ostatnim meczem fazy grupowej, po którym Team World, po dwóch porażkach, zajął trzecie miejsce w turnieju.

    Czym jest format trzech drużyn?

    To całkiem ciekawe, bo wielu kibiców może się gubić. Zamiast tradycyjnego meczu Wschód kontra Zachód, w 2026 roku mieliśmy trzy zespoły. Team USA Stars (głównie zawodnicy z Konferencji Wschodniej), Team USA Stripes (głównie z Konferencji Zachodniej) oraz Team World (najlepsi zawodnicy spoza USA). Pierwszy mecz rozegrały Stars z World, drugi – Stars ze Stripes, a trzeci, o którym mowa, to właśnie pojedynek Stripes kontra World.

    No i Stripes pokazali klasę. Wynik 48-45 to rezultat typowy dla zaciętego spotkania All Star Game, gdzie zazwyczaj króluje ofensywa, a obrona schodzi na drugi plan. Tutaj jednak amerykańska drużyna z Zachodu postawiła na solidną grę w obu fazach. Team World po prostu nie mógł znaleźć decydującego sposobu na ich defensywę.

    Kto wygrał cały turniej?

    Warto dodać, że ostatecznym triumfatorem całego weekendu All-Star zostali Team USA Stars. To oni pokonali w wielkim finale Team USA Stripes, zdobywając mistrzowski tytuł po pewnym zwycięstwie 47-21. Co więcej, MVP całego wydarzenia został Anthony Edwards, który błyszczał właśnie w barwach zwycięskiej drużyny Stars.

    Trzecie miejsce dla Team World? Cóż, po dwóch porażkach trudno mówić o pocieszeniu. Drużyna międzynarodowa, złożona z takich gwiazd jak Luka Dončić czy Nikola Jokić, w całym turnieju nie zdołała odnieść zwycięstwa. 45 punktów w meczu z Stripes to wynik, który nie wystarczył. To pokazuje, jak bardzo Stripes kontrolowali końcowe momenty na parkiecie.

    Końcowe momenty tego spotkania, dostępne w skrócie na platformie Eurosport, pokazują zaciętą walkę. Mowa tu o fragmentach z ostatnich akcji, gdzie różnica w klasie była minimalna. Było napięcie, był dramat – ostatecznie pewne zwycięstwo jednej drużyny.

    Ciekawe jest to, że ten turniejowy format wprowadza nową dynamikę. Kibice mogą zobaczyć nie jeden, a trzy wysokiej rangi spotkania w ciągu weekendu. Z drugiej strony, mecze fazy grupowej zawsze mają nieco inną stawkę, co może tłumaczyć zmienną intensywność. Ale wynik 48-45 i tak robi wrażenie.

    Weekend Gwiazd NBA 2026 już za nami. Zostanie zapamiętany z kilku powodów: nowego formatu, świetnej gry Anthony'ego Edwardsa oraz właśnie z tej zaciętej walki Stripes z World. Dla drużyny międzynarodowej to z pewnością gorzka pigułka do przełknięcia. Dla fanów koszykówki – kolejna porcja znakomitej rozrywki na najwyższym poziomie.

    Teraz liga wraca do regularnego sezonu, ale wrażenia z All-Star pozostaną na dłużej. Szczególnie dla zawodników Team World, którzy będą mieli cały rok, żeby o nich zapomnieć… i przygotować się na rewanż.

    Źródła

  • Edgecombe rzuca za zwycięstwo, a Vince Carter wygrywa pojedynek z Melo w finale Rising Stars

    Edgecombe rzuca za zwycięstwo, a Vince Carter wygrywa pojedynek z Melo w finale Rising Stars

    VJ Edgecombe został bohaterem wieczoru w Intuit Dome. To on oddał dwa kluczowe rzuty wolne, które dały zwycięstwo Team Vince nad Team Melo 25:24 w finale Rising Stars Challenge. Został też słusznie wybrany MVP całego wydarzenia.

    Ale zanim to się stało, musieliśmy przejść przez dwa bardzo emocjonujące półfinały. Team Vince, czyli drużyna Vince'a Cartera, musiała pokonać Team T-Mac. To był prawdziwy mecz, który zakończył się wynikiem 41:36. I zgadnijcie kto był kluczową postacią? Tak, Edgecombe.

    Półfinałowa dramaturgia

    Z drugiej strony mieliśmy Team Melo, czyli drużynę Carmelo Anthony'ego. Oni mierzyli się z Team Austin (zespołem graczy z G League). Walka była zacięta, a wynik 40:34 mówi sam za siebie. Tutaj decydujący rzut oddał Dylan Harper, i to nad swoim własnym bratem. Tak, w Team Austin grał jego brat Ron Harper Jr. To musiało być niesamowite uczucie.

    Warto dodać, że sam finał był bardzo ciasny. Obie drużyny szły łeb w łeb, a różnica jednego punktu w takim formacie to naprawdę nic. Każda akcja miała ogromne znaczenie.

    Ciekawe jest to, że organizatorzy wydali specjalne skróty z tego finału. Możemy tam zobaczyć wszystkie kluczowe momenty, w tym efektowną dobitkę wsadem Stephona Castle'a i faule, które ostatecznie doprowadziły Edgecombe'a na linię rzutów wolnych.

    Co to oznacza dla NBA?

    Rising Stars Challenge zawsze był świetnym przeglądem młodych talentów. Patrząc na tegoroczną edycję, przyszłość ligi wygląda naprawdę obiecująco. Mamy tu zarówno świeżych debiutantów, jak i zawodników z drugiego sezonu, którzy pokazują, że są gotowi do gry na najwyższym poziomie.

    Drużyny były prowadzone przez legendy, co też dodawało smaku całemu wydarzeniu. Vince Carter przeciwko Carmelo Anthony'emu to marzenie kibiców, które się spełniło, nawet jeśli tylko w roli trenerów.

    A sam Edgecombe? Cóż, jego nerwy ze stali w decydującym momencie zapadną nam w pamięć na długo. Rzuty wolne na zwycięstwo w finale All-Star Weekend to nie jest coś, co zdarza się często.

    Całe wydarzenie było transmitowane na żywo w Eurosporcie. Dla tych, którzy przegapili, skróty są dostępne online.

    Więcej niż tylko zabawa

    To oczywiście element rozrywkowy Weekendu Gwiazd, ale jednocześnie poważna przepowiednia. Wielu z tych młodych graczy za rok czy dwa będzie kluczowymi postaciami w playoffach NBA. Takie zawody dają im szansę zabłysnąć na wielkiej scenie.

    I szczerze mówiąc, patrząc na poziom gry, wykorzystali tę szansę w stu procentach. Mecz był dynamiczny, pełny widowiskowych akcji i rozstrzygany do ostatnich sekund.

    Jeśli tak będą wyglądały przyszłe edycje Rising Stars, to kibice mają się na co cieszyć. A liga zyskuje nowych, ekscytujących bohaterów.

    Źródła

  • Moment grozy podczas konkursu wsadów NBA. Młody talent uderzył głową w parkiet

    Moment grozy podczas konkursu wsadów NBA. Młody talent uderzył głową w parkiet

    To miała być jedna z tych chwil, które zapisują się w historii weekendu gwiazd NBA. Zamiast tego, na hali Intuit Dome w Los Angeles zapadła grobowa cisza, a tysiące kibiców wstrzymało oddech. Podczas sobotniego konkursu wsadów, młody zawodnik Orlando Magic, Jase Richardson, przeżył przerażający upadek, który na moment zatrzymał całe widowisko.

    Niebezpieczna próba

    Weekend gwiazd to czas pokazów, luzu i widowiskowych akcji. Konkurs wsadów jest jego absolutnym filarem. W tym roku do rywalizacji stanęli Carter Bryant z San Antonio Spurs, Jaxson Hayes z Lakers, Keshad Johnson z Miami Heat oraz właśnie 20-letni Richardson.

    Młody gracz Magic chciał zrobić wrażenie. Jego plan był ambitny: odbić piłkę od tablicy, wykonać obrót w powietrzu i zakończyć wszystko mocnym wsadem. Problem w tym, że źle oszacował odległość.

    Zamiast idealnie złapać odbitą piłkę, Richardson uderzył całym pędem w bok tablicy. Był w połowie obrotu, więc nie miał żadnej kontroli nad ciałem. Spadł na parkiet z ogromnym impetem, uderzając głową o twardą nawierzchnię.

    Cisza, która ciągnęła się w nieskończoność

    Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy. Najpierw słychać było jęk przerażenia rozchodzący się po trybunach. Potem nastała absolutna, przytłaczająca cisza. Kamery pokazywały leżącego nieruchomo zawodnika, a widzowie na całym świecie modlili się w myślach, by wszystko skończyło się dobrze.

    To właśnie te chwile pokazują, jak szybko zabawa może zamienić się w coś poważnego. Nawet podczas pokazowego wydarzenia, ryzyko kontuzji jest realne. A upadek z takiej wysokości, głową w dół, mógł mieć naprawdę tragiczne konsekwencje.

    Na szczęście, po kilku długich sekundach, Richardson zaczął się ruszać. Podniósł się o własnych siłach, co wywołało ogromną ulgę i burzę oklasków na hali. Wyglądał na oszołomionego, ale był przytomny i w stanie kontynuować.

    To był moment prawdziwego strachu dla wszystkich – relacjonowali później komentatorzy. – Cieszę się, że Jase jest w porządku.

    Dokończenie konkursu i zwycięzca

    Richardson wykazał się ogromnym charakterem. Mimo szoku i zapewne bólu, postanowił dokończyć swoją kolejkę. Zrezygnował jednak z pierwotnego, skomplikowanego pomysłu. Zamiast tego wykonał prostszy, ale pewny wsad, który i tak został nagrodzony gromkimi brawami.

    Cały konkurs ostatecznie wygrał Keshad Johnson z Miami Heat, który w finale pokonał Cartera Bryanta. Trofeum poszło do dobrego gracza, ale prawdziwym bohaterem wieczoru, ze względu na hart ducha, stał się Richardson.

    Ten incydent to mocne przypomnienie dla wszystkich. Sporty ekstremalne, nawet te uprawiane przez najlepszych na świecie atletów, niosą ze sobą ryzyko. Weekend gwiazd NBA to przede wszystkim show, ale fundamentem tego show jest niezwykła sprawność fizyczna i odwaga.

    Richardson tej nocy pokazał i jedno, i drugie. Najpierw odwagę, by podjąć się niezwykle trudnej próby. A potem charakter, by podnieść się po porażce i dokończyć to, co zaczął. Kibice na całym świecie odetchnęli z ulgą, a jego koledzy z ligi na pewno docenią jego postawę.

    Ciekawe jest to, że takie momenty, choć przerażające, często jednoczą środowisko. W mediach społecznościowych dziesiątki zawodników NBA wysyłało Richardsonowi wsparcie i życzenia szybkiego powrotu do pełni sił. To pokazuje, że poza rywalizacją, w lidze istnieje prawdziwa wspólnota.

    Źródła

  • Kawhi rzuca 41 punktów, a Knicks ogrywają Celtics – gorąca niedziela w NBA

    Kawhi rzuca 41 punktów, a Knicks ogrywają Celtics – gorąca niedziela w NBA

    Kawhi Leonard właśnie przypomniał całej lidze, dlaczego wciąż należy do elity, kiedy tylko jest zdrowy. Jego 41 punktów to wynik, który zdominował niedzielne nagłówki i szczerze mówiąc, trudno się temu dziwić. Oglądanie go w takiej formie to czysta przyjemność dla fanów koszykówki, niezależnie od barw klubowych.

    Ale to nie jedyna wielka historia minionej nocy. Wszyscy czekali na starcie wagi ciężkiej na Wschodzie i nie zawiedliśmy się.

    Knicks stawiają twarde warunki

    New York Knicks odnieśli triumf nad Boston Celtics, co w obecnych realiach NBA jest ogromnym osiągnięciem. Pokonanie ekipy z Bostonu wymaga niemal perfekcyjnej egzekucji planu gry i wygląda na to, że nowojorczycy znaleźli sposób na zatrzymanie zielonej maszyny. To zwycięstwo może być kluczowe dla układu tabeli i pewności siebie drużyny z Wielkiego Jabłka.

    Ciekawe jest to, jak ten wynik wpłynie na narrację w Konferencji Wschodniej. Do tej pory Celtics wydawali się być o krok przed resztą, ale niedzielny mecz pokazał, że rywalizacja jest bardziej otwarta, niż mogłoby się wydawać.

    Co nas czeka w poniedziałek?

    Ledwo ochłonęliśmy po niedzielnych emocjach, a już szykuje się nam napakowany akcją poniedziałek, 9 lutego 2026 roku. Terminarz wygląda naprawdę obiecująco, szczególnie dla fanów, którzy lubią oglądać gwiazdy w akcji.

    Oto najciekawsze zestawienia na najbliższą noc:

    • Sacramento Kings vs. New Orleans Pelicans (20:00)
    • Cleveland Cavaliers vs. Denver Nuggets (21:00)
    • Memphis Grizzlies vs. Golden State Warriors (22:00)
    • Oklahoma City Thunder vs. Los Angeles Lakers

    Szczególnie to starcie Cavaliers z Nuggets zapowiada się elektryzująco. Nikola Jokić kontra wysoka obrona Cavs? To będzie taktyczna uczta.

    Kto rzuci pierwszy?

    Analitycy już zacierają ręce, patrząc na poniedziałkowe mecze. Co ciekawe, w projekcjach dotyczących pierwszych punktów w meczu (tzw. first basket), na czele stawki wysuwają się giganci.

    Joel Embiid (15.8%), Nikola Jokić (15.1%) i Anthony Edwards (15.0%) to faworyci do otwarcia wyników w swoich spotkaniach.

    Warto też zerknąć na Ryana Rollinsa z Bucks, który pojawia się w analizach jako ciekawa opcja, choć z pewnością mniej oczywista niż wspomniane gwiazdy. Szykuje się kolejna noc, w której nie będzie czasu na sen.

    Źródła

  • LeBron James i łzy w Cleveland. 'Każda hala może być ostatnia’

    LeBron James i łzy w Cleveland. 'Każda hala może być ostatnia’

    Zdarza się, że nawet legendy, zwykle tak pewne siebie na parkiecie, pozwalają sobie na chwilę szczerości. Tak było z LeBronem Jamesem po ostatnim meczu w Cleveland. I to nie była zwykła konferencja prasowa. Widzieliśmy człowieka, który zdaje sobie sprawę, że jego niesamowita podróż ma swój nieubłagany koniec.

    James wrócił do Rocket Mortgage FieldHouse, hali, w której stawiał pierwsze kroki w NBA i gdzie w 2016 roku dokonał czegoś niezwykłego, zdobywając mistrzostwo dla Cavaliers. Ale tym razem było inaczej. Podczas przerwy gospodarze puścili film z hołdem dla jego kariery. A LeBron, patrząc na te obrazy, przyznał, że poczuł coś wyjątkowego. Powiedział, że był w tym miejscu bardziej obecny niż podczas siedmiu poprzednich wizyt. Po prostu chłonął moment.

    Co sprawiło, że ta wizyta była tak wyjątkowa? Otóż „LeBron i jego syn Bronny (również gracz Lakers) pojawili się razem w Cleveland, co było wyjątkowe dla rodziny (potwierdzone w kontekście emocjonalnym, ale bez detali o grze Bronnygo).” LeBron wspomniał, że dla jego matki, siedzącej na trybunach, musiał to być surrealistyczny widok: oglądać syna i wnuka w NBA jednocześnie. 'Dopiero teraz zaczynam myśleć o tym, jakie to jest szalone’ – przyznał. Widzieć, jak tłum wiwatuje na wejście jego dziecka na parkiet, to dla niego powód do ogromnej dumy.

    I właśnie tutaj pojawia się ten trudny temat. „LeBron James jest w swoim 23. sezonie NBA (rozpoczętym w 2025 r.), mając wówczas około 40-41 lat (urodzony w 1984 r.).” Gra na poziomie All-Star, co samo w sobie jest fenomenem. Ale po meczu dziennikarze, naturalnie, zapytali o przyszłość. A jego odpowiedź była szczera i nieco łamiąca serce.
    'Staram się po prostu chłonąć to wszystko’ – powiedział James. 'Nie podjąłem decyzji dotyczącej przyszłości, ale to bardzo możliwe, że to był mój ostatni raz tutaj, czy to w Cleveland, czy w Madison Square Garden, czy w Waszyngtonie.’
    Zastanawiacie się, czy planuje pożegnalną trasę? Nie. Oświadczył, że najpierw musi odbyć poważną rozmowę z samym sobą i z rodziną. Dopiero po takiej rozmowie będzie wiedział, kiedy nadejdzie właściwy moment.

    Ciekawym szczegółem, który rzucił, była jego perspektywa sprzed lat. Gdyby ktoś zapytał go osiem lat temu, czy będzie grał w 2026 roku, odpowiedziałby 'nie’. Po ośmiu z rzędu finałach, po całym tym fizycznym i psychicznym wysiłku, nie wierzył, że będzie to możliwe. A jednak jest.

    Nie sposób nie wspomnieć o kontekście. W tym roku mija 10 lat od tego pamiętnego tytułu Cavaliers w 2016. LeBron z rozbawieniem zauważył, że jego dawny kolega z tamtej drużyny, Richard Jefferson, pracuje już jako analityk telewizyjny. On sam wciąż biega po boisku. 'To super szalone’ – skomentował. I ujawnił, że mistrzowski skład wciąż utrzymuje kontakt przez grupowy czat i ma plany na obchody rocznicy.

    Co zatem napędza go do dalszej gry? To pytanie, które pewnie zadaje sobie wielu fanów. Odpowiedź LeBrona jest prosta i zarazem głęboka. Mówi o miłości do procesu, do codziennej pracy. Ale jest też coś więcej. To osobista bitwa.
    'Nadal kocham ten proces, wkładanie pracy, inspirowanie innych’ – mówi. 'Mam świadomość, że będę miał więcej lat życia bez koszykówki niż z nią.’
    A potem dodał coś, co doskonale oddaje jego obecny stan ducha: 'Jestem w bitwie z 'Ojcem Czasem’ i biorę to do siebie. Chcę zobaczyć, ile jeszcze razy uda mi się nad nim zwyciężyć.’
    To nie jest metafora. To konkretna, wewnętrzna rywalizacja 41-latka z biologią i kalendarzem. I zapewnia fanów, że kiedy przyjdzie czas, odejdzie na własnych warunkach. 'Na pewno nie będę jednym z tych gości, którzy nie będą w stanie zejść z parkietu o własnych siłach’ – stwierdził stanowczo.

    Ale tego wieczoru wynik był najmniej istotny. Chodziło o coś znacznie większego. O powrót do korzeni, o rodzinę, o refleksję nad nieuchronnym końcem pewnej epoki. LeBron James nie żegna się jeszcze z koszykówką. Ale wyraźnie zaczyna się z nią żegnać. I pozwala nam, widzom, być przy tym.

    Źródła

  • Wembanyama pokonał Edwardsa o włos! Oto pierwsza piątka Meczu Gwiazd NBA 2026

    Wembanyama pokonał Edwardsa o włos! Oto pierwsza piątka Meczu Gwiazd NBA 2026

    No i mamy to. Wiemy już, kto rozpocznie 75. Mecz Gwiazd NBA. „Oficjalne ogłoszenie nastąpiło w poniedziałek, 19 stycznia 2026 r.”, a wśród zachodnich starterów znalazła się absolutna czołówka ligi, plus jeden, bardzo wąski, ale niezwykle emocjonujący dylemat. Chodzi oczywiście o ostatnie miejsce, o które walczyli Victor Wembanyama i Anthony Edwards. A walka była tak wyrównana, że aż trudno uwierzyć w liczby.

    Zacznijmy od tego, jak to w ogóle działa. Wybór starterów to nie jest proste głosowanie fanów. NBA używa dość skomplikowanej, ale sprawiedliwej formuły. Połowę wpływu (czyli 50%) mają kibice. Kolejne 25% głosują sami zawodnicy, a ostatnie 25% media. Później te wszystkie głosy są przeliczane na punkty i wychodzi ostateczny ranking. Jeśli dwóch graczy ma identyczny wynik końcowy, co się zdarza, decyduje liczba głosów od fanów. I dokładnie to się stało w przypadku Wembanyamy i Edwardsa.

    „Obaj panowie uzyskali identyczny wynik w klasyfikacji ogólnej (remis w punktach według formuły NBA).” To oznacza, że byli równi w oczach całego panelu wyborczego. Wtedy liga sięgnęła po tiebreaker, czyli po głosy kibiców. I tu jest ten szokujący szczegół. „Wembanyama wygrał tiebreaker głosami kibiców różnicą mniejszą niż 5000 głosów spośród niemal 2 milionów oddanych.”, to ta różnica jest naprawdę mikroskopijna. To tak, jakby o twoim miejscu w pracy decydował jeden głos w firmowym plebiscycie. Niesamowicie mało.

    Co to oznacza dla Anthony’ego Edwardsa? Cóż, na pewno ogromny zawód. Ant to jeden z największych showmanów ligi, gracz, który doskonale wpisuje się w klimat Meczu Gwiazd. Ale pocieszę go i jego fanów – szansa na udział w weekendie gwiazd wcale nie jest stracona. Starterzy to tylko pięciu graczy z konferencji. Całe składy, wliczając rezerwowych, zostaną ogłoszone dopiero 1 lutego. Trenerzy wybiorą wtedy po siedmiu dodatkowych zawodników z każdej konferencji. Edwards jest absolutnym faworytem do znalezienia się w tym gronie. Po prostu nie zacznie meczu w pierwszej piątce.

    A kto zacznie? W Konferencji Zachodniej mamy absolutną elitę. Oto pierwsza piątka: Stephen Curry (Golden State Warriors), „Luka Dončić (Dallas Mavericks)”, Shai Gilgeous-Alexander (Oklahoma City Thunder), Nikola Jokić (Denver Nuggets) i właśnie Victor Wembanyama (San Antonio Spurs). To zestawienie brzmi jak marzenie każdego fana koszykówki. Wschód również prezentuje się znakomicie: Giannis Antetokounmpo (Milwaukee Bucks), Jaylen Brown (Boston Celtics), Jalen Brunson (New York Knicks), Cade Cunningham (Detroit Pistons) i Tyrese Maxey (Philadelphia 76ers).

    Warto przy okazji wspomnieć o małej, ale znaczącej zmianie w samym głosowaniu. W tym roku NBA zrezygnowała z podziału na pozycje. Kibice nie musieli już wybierać osobno obrońców i skrzydłowych. Po prostu głosowali na pięciu ulubionych graczy. To uproszczenie mogło mieć wpływ na końcowy wynik, szczególnie w tak wyrównanych przypadkach.

    A co z samym Meczem Gwiazd? Tu liga znowu eksperymentuje. Po kilku latach, gdy mecz był po prostu pokazówką bez obrony, a wyniki przekraczały 200 punktów, szukano pomysłu, jak to naprawić. W tym roku zobaczymy zupełnie nowy format. Zamiast dwóch drużyn (Wschód vs. Zachód) będą trzy: dwie złożone z graczy z USA i jedna – drużyna „World” – z zawodników spoza Stanów Zjednoczonych. Będą grać w mini-turnieju, systemem każdy z każdym, a potem finał. Każdy mecz ma trwać tylko 12 minut. Pomysł jest taki, żeby krótszy czas gry wymusił większą intensywność od pierwszej sekundy. Czy to zadziała? Przekonamy się 15 lutego w Inglewood w Kalifornii.

    Wróćmy jednak do głównych bohaterów dzisiejszej wiadomości. Zwycięstwo Wembanyamy potwierdza jego nieprawdopodobną popularność już na samym początku kariery. Francuz, który dopiero w trzecim sezonie w lidze, już na stałe wpisał się w grono największych gwiazd. Jego unikalne umiejętności, połączenie wzrostu i techniki, po prostu przyciągają uwagę. Edwards jest za to uosobieniem energii, atletyzmu i charakteru. To rywalizacja, którą będziemy obserwować przez wiele lat, a ten głosujący tiebreaker jest jej doskonałym początkiem.

    No dobrze, a co z Polakami? Niestety, w głosowaniu na starterów nie było mocnych. Jeremy Sochan, nasz reprezentant w San Antonio Spurs, nie znalazł się w gronie najwyżej notowanych. Ale pamiętajmy, że to dopiero początek procesu wyłaniania uczestników całego weekendu. Często prawdziwe emocje zaczynają się, gdy ogłaszani są rezerwowi. To właśnie tam trenerzy doceniają graczy, którzy są kluczowi dla swoich drużyn, nawet jeśli nie biją rekordów popularności.

    Podsumowując, mamy za sobą pierwszy, bardzo emocjonujący akt przygotowań do Meczu Gwiazd. Wembanyama wygrał o włos, a liga ogłosiła skład, który zapowiada widowisko na najwyższym poziomie. Teraz czekamy na 1 lutego i ogłoszenie rezerwowych. Anthony Edwards, miejmy nadzieję, będzie wśród nich. A my szykujemy się na 15 lutego i nowy, eksperymentalny format, który, kto wie, może w końcu przywrócić trochę prawdziwej rywalizacji w tym święcie koszykarskiej rozrywki.

    Źródła

  • Koszmar w Atlancie: Suns tracą dwie gwiazdy w jednym meczu

    Koszmar w Atlancie: Suns tracą dwie gwiazdy w jednym meczu

    Wiecie, jak to czasem w sporcie bywa – jedna zła noc może wszystko popsuć. No i właśnie taką noc przeżyli w piątek zawodnicy Phoenix Suns. Poprawnie: Atlanta Hawks pokonali Phoenix Suns 110-103., ale szczerze mówiąc, ten wynik to był najmniejszy problem. Prawdziwy dramat rozegrał się poza tablicą wyników.

    Zacznijmy od Jalena Greena. Młody obrońca wrócił do gry dopiero we wtorek po tym, jak opuścił… uwaga, 33 kolejne mecze. To nie jest literówka, naprawdę trzydzieści trzy. Wrócił, zagrał 20 minut, Suns wygrali, wszystko wyglądało pięknie. A potem przyszła Atlanta. Green wyszedł na parkiet, zagrał jakieś cztery minuty, i… koniec. Po prostu wstał z ławki i poszedł do szatni. Klub szybko wydał komunikat: to przezorność z powodu nawracającego napięcia prawego ścięgna udowego.

    I tu jest sedno sprawy. Green zmaga się z tym urazem od obozu przygotowawczego. To znaczy, od ponad czterech miesięcy. Najpierw naciągnął ścięgno na obozie, potem odnowił uraz w połowie października podczas rehabilitacji. W tym sezonie, Usunąć w kontekście Greena; Suns rozegrali ok. 45 meczów z rekordem 27-18., zagrał zaledwie w czterech. To jest po prostu dramatyczna statystyka. 23-latek, który miał być ważnym elementem ofensywy, praktycznie nie istnieje w tym sezonie. A teraz znów jest znak zapytania.

    Ale to nie koniec złych wiadomości z Atlanty. W trzeciej kwarcie, w jej końcowych sekundach, zdarzyło się coś, na co żaden kibic nie chce patrzeć. Devin Booker, lider i dusza tego zespołu, stracił piłkę przy zbiórce. Ruszył ją odzyskać, ale nie zauważył pod nogami Onyeki Okongwu z Hawks. Booker nadepnął na stopę rywala i… no, każdy, kto kiedykolwiek skręcił kostkę, wie, jak to wygląda. Natychmiast osunął się na parkiet, łapiąc się za prawą nogę.

    Co było dalej? Booker został podniesiony, ale nie mógł oprzeć się na nodze. Utykając, z pomocą kolegów, zszedł z boiska i skierował się prosto do szatni. I już nie wrócił. A trzeba dodać, że do tego momentu grał znakomicie i zdobył 31 punktów. Jego odejście praktycznie przekreśliło szanse Suns na odwrócenie losów meczu.

    No i co teraz? Zastąpić poprawnym trenerem Suns (np. „Trener Suns”). Jeśli Booker będzie musiał pauzować – a wszystko na to wskazuje, bo skręcenie kostki to nie przelewki – to w rotacji muszą się pojawić inni gracze. Więcej minut może dostać Grayson Allen, Collin Gillespie czy Jordan Goodwin. To są dobrzy zawodnicy, ale zastąpienie Bookera, jednego z najlepszych skrzydłowych ligi, to misja prawie niemożliwa.

    A co z Greenem? Jego sytuacja jest, moim zdaniem, nawet bardziej niepokojąca. Uraz ścięgna udowego to poważna sprawa, a fakt, że ciągle nawraca, każe się zastanawiać, czy cały proces rehabilitacji został dobrze przeprowadzony. To już nie jest pojedynczy wypadek, to trend. Green od miesięcy nie może się wydobyć z tego błędnego koła kontuzji i powrotów.

    Porażka z Hawks to tylko jeden przegrany mecz. Sezon jest długi. Ale utrata dwóch kluczowych zawodników ofensywnych, i to w jednym spotkaniu, to cios, który może mieć długofalowe konsekwencje. Suns walczą o dobrą pozycję w bardzo trudnej Konferencji Zachodniej. Bez Bookera i z niepewnym Greenem ta walka staje się o wiele, wiele trudniejsza.

    Ciekawe, jak szybko otrzymamy dokładne diagnozy. Booker pewnie przejdzie rezonans, żeby ocenić stopień skręcenia. Green będzie musiał znów przejść przez badania i ocenę medyczną. Klub na pewno będzie działał ostrożnie, zwłaszcza w przypadku Greena, którego historia kontuzji jest już długa.

    Na razie w Arizonie zapanowała nerwowa atmosfera oczekiwania. Kibice Suns mogą tylko mieć nadzieję, że obrażenia okażą się mniej poważne, niż się początkowo wydawało. Bo alternatywa, czyli dłuższa absencja obu gwiazd, to scenariusz, którego nikt tam nie chce nawet brać pod uwagę.

    Źródła

  • LeBron James świętuje 23. sezon w NBA specjalną naszywką na koszulce

    LeBron James świętuje 23. sezon w NBA specjalną naszywką na koszulce

    LeBron James, ikona Los Angeles Lakers, rozpoczyna 23. sezon w NBA w wyjątkowy sposób. Od teraz będzie nosił specjalną naszywkę na swojej koszulce, upamiętniającą ten historyczny kamień milowy. Ta unikalna ozdoba podkreśla jego niezwykłą długowieczność i osiągnięcia w lidze.

    Kluczowe Informacje

    • LeBron James nosi specjalną naszywkę na koszulce z okazji swojego 23. sezonu w NBA.
    • Naszywka zawiera napis "23 NBA Seasons" oraz sylwetkę Jamesa wykonującego swój charakterystyczny rzut do góry.
    • Kolorowe paski na naszywce symbolizują trzy drużyny, w których grał: Cleveland Cavaliers, Miami Heat i Los Angeles Lakers.
    • Naszywka została zaprojektowana we współpracy z firmą Topps i będzie usuwana z koszulki po każdym meczu, trafiając do limitowanych kart kolekcjonerskich.
    • Debiut naszywki miał miejsce w Sacramento, mieście, w którym James rozpoczął swoją karierę w 2003 roku.

    Historyczny Moment w NBA

    LeBron James zapisał się na kartach historii NBA jako pierwszy zawodnik, który dotarł do 23. sezonu gry w lidze. Aby uczcić to niezwykłe osiągnięcie, na jego koszulce Los Angeles Lakers pojawiła się specjalna naszywka. Jest to nie tylko symbol jego długowieczności, ale także hołd dla jego wpływu na grę.

    Naszywka, umieszczona w górnej prawej części koszulki, zawiera napis "23 NBA Seasons" oraz charakterystyczną sylwetkę Jamesa wykonującego swój kultowy rytuał rzucania kredy przed meczem. Dodatkowo, kolorowe paski na naszywce nawiązują do barw trzech drużyn, w których James grał w swojej karierze: Cleveland Cavaliers, Miami Heat i Los Angeles Lakers.

    Symbolika i Kolekcjonerska Wartość

    Decyzja o wprowadzeniu naszywki właśnie teraz, a nie na początku sezonu, ma głębokie znaczenie symboliczne. James zadebiutował w NBA w Sacramento przeciwko Sacramento Kings 29 października 2003 roku. Powrót do tego miasta na mecz, podczas którego po raz pierwszy zaprezentował naszywkę, stanowi idealną okazję do uczczenia jego jubileuszu.

    Co więcej, naszywka ma również wartość kolekcjonerską. Po każdym meczu jest ona zdejmowana z koszulki Jamesa, datowana, a następnie wysyłana do firmy Topps. Tam, po uwierzytelnieniu, trafia do limitowanych edycji kart kolekcjonerskich, co czyni każdy mecz z tą naszywką unikalnym przedmiotem dla fanów i kolekcjonerów.

    Statystyki i Przyszłość

    Obecny, 23. sezon Jamesa, choć statystycznie nieco niższy niż jego wcześniejsze lata (średnio 21,9 punktu, 6,9 asysty i 5,6 zbiórki), nadal pokazuje jego kluczową rolę w zespole Lakers, który zajmuje piąte miejsce w Konferencji Zachodniej. Mimo wieku 41 lat, James wciąż prezentuje wysoki poziom gry.

    Przyszłość Jamesa w lidze pozostaje niepewna, a on sam nie podaje konkretnej daty zakończenia kariery. Jednak ta specjalna naszywka jest dowodem na to, że jego wpływ na NBA jest niezaprzeczalny, a każdy kolejny mecz pisze nowy rozdział w jego legendarnej historii.

    Źródła