Autor: HoopsWizard

  • Noc wielkich powrotów i buzzer-beaterów: Lakers, Cavaliers i Bulls dają popis w NBA

    Noc wielkich powrotów i buzzer-beaterów: Lakers, Cavaliers i Bulls dają popis w NBA

    Kolejna noc NBA dostarczyła emocji, które trudno opisać w kilku zdaniach. Mamy tu powroty z zaświatów, buzzer-beatery na pożegnanie legendarnego numeru i pojedynki gwiazd, które przypominają, dlaczego kochamy ten sport. A wszystko to działo się w sobotę, 25 stycznia 2026 roku. Zaczynamy od Teksasu, bo tam rozegrał się chyba najbardziej szalony mecz wieczoru.

    Wyobraźcie sobie taką sytuację: Los Angeles Lakers przylatują do Dallas, by zmierzyć się z Mavericks. Do ostatniej kwarty wszystko idzie nie po ich myśli. W pewnym momencie przegrywają aż 87:102. To oznacza, że brakuje im piętnastu punktów, a na zegarze tyka już ostatnia, decydująca kwarta. Normalnie, w takich warunkach wielu zespołów pakowałoby manatki. Ale Lakers to nie jest zwykły zespół, szczególnie gdy mają w składzie Lukę Doncicia i LeBrona Jamesa. Co się stało? Cóż, stał się mały cud. A może po prostu zimna, koszykarska kalkulacja.

    Drużyna z Los Angeles uruchomiła defensywną prasę. Nagle Mavericks przestali trafiać, a każdy ich atak stawał się heroicznym wysiłkiem. Po stronie Lakers iskrą zapalną okazał się Rui Hachimura. Japoński skrzydłowy najpierw zdobył cztery punkty po faulu za rzut za trzy, a potem, niemal bez namysłu, trafił kolejną trójkę. To właśnie te akcje, na 2:45 i potem na 2:10 przed końcem, doprowadziły najpierw do remisu, a później wyprowadziły Lakers na prowadzenie. Dallas się zawahało, a LeBron James i Marcus Smart dopełnili dzieła, zapewniając ostateczne zwycięstwo 116:110. Luka Doncić, który wrócił do Dallas dopiero po raz drugi od swojego głośnego transferu, zaliczył solidne 33 punkty i 11 asyst. Po meczu mówił o zaufaniu w zespole. Chyba miał rację.

    Ale to nie był jedyny pokaz siły w sobotni wieczór. Przenieśmy się na Florydę, gdzie Cleveland Cavaliers gościli u Orlando Magic. Tam głównym aktorem był Donovan Mitchell. Facet po prostu nie dawał sobie rady. Zdobył 36 punktów, a 27 z nich po przerwie. Gdy Magic próbowali jeszcze oddychać, Mitchell wjechał pod kosz, a jego koledzy z drużyny – Lonzo Ball, Evan Mobley i Tyrese Proctor – zaczęli seryjnie trafiać za trzy. W mgnieniu oka Cavs zbudowali prowadzenie 97:79 i praktycznie zamknęli sprawę. Finał 119:105 to zasłużona wygrana dla zespołu, który radzi sobie znakomicie mimo kontuzji kluczowych graczy. Dla Orlando to już trzecia porażka z rzędu, a ich problemy z rzutami za trzy (tylko 11 trafień na 40 prób) są coraz bardziej widoczne.

    A teraz coś, co pewnie rozgrzeje serca fanom nostalgii. W Chicago tego wieczoru oficjalnie zastrzeżono numer „1”, który nosił nie kto inny jak Derrick Rose, lokalny bohater i były MVP ligi. Ceremonia była podniosła, ale mecz z Boston Celtics okazał się równie emocjonalny. Przez większość spotkania Byki prowadziły, jednak na 14 sekund przed końcem Jaylen Brown doprowadził do remisu. Wydawało się, że czeka nas dogrywka. Ale Bulls mieli inny plan. Po przerwie na żądanie piłkę otrzymał Kevin Huerter. I tu jest świetny detal – Huerter wszedł na parkiet w koszulce z numerem 1, oddając hołd Rose’owi. Czy mógł wymyślić lepszy sposób na uhonorowanie legendy? Chyba nie. Złapał piłkę w rogu boiska, oddał rzut i… trafił! Zostało mniej niż sekunda do końca. Chicago wygrało 114:111, a cała hala oszalała. To jeden z tych momentów, które zapisują się w historii klubu.

    Warto wspomnieć jeszcze o kilku innych spotkaniach. This claim should be verified with proper sources or removed from the article. This claim should be verified with proper sources or removed from the article. This claim should be verified with proper sources or removed from the article., co tylko pogłębia ich kryzys.

    Co z tego wszystkiego wynika? Przede wszystkim to, że w NBA żadna przewaga nie jest bezpieczna. Piętnaście punktów? To tylko liczby, póki nie zabrzeczy syrena. Po drugie, indywidualne klasy są w stanie przechylić szalę, tak jak zrobił to Donovan Mitchell. I po trzecie, koszykówka to piękna historia, w której hołd dla przeszłości może inspirować do heroicznych czynów w teraźniejszości, czego najlepszym przykładem jest zwycięski rzut Kevina Huertera. Sezon nabiera tempa, a walka o play-offy zaostrza się z tygodnia na tydzień. Kolejna noc z pewnością przyniesie nowe niespodzianki.

    Źródła

  • Jeremy Sochan znów na ławce. Spurs przegrywają z Rocketami, a sytuacja Polaka jest trudna

    Jeremy Sochan znów na ławce. Spurs przegrywają z Rocketami, a sytuacja Polaka jest trudna

    To nie jest dobry czas dla Jeremy’ego Sochana. Jeśli szukacie jego nazwiska w statystykach z wtorkowego meczu NBA między Houston Rockets a San Antonio Spurs, to możecie się nieco zdziwić. Bo tam go po prostu nie ma. Polski skrzydłowy, który ma dopiero 22 lata, przesiedział całe spotkanie na ławce rezerwowych. I nie, nie chodziło o żadną kontuzję. Po prostu trener nie zdecydował się na jego wykorzystanie.

    A mecz, trzeba przyznać, był emocjonujący. Spurs przegrali ostatecznie 106:111, ale do ostatnich minut walczyli o zwycięstwo. Co ciekawe, spotkanie zaczęło się z 22-minutowym opóźnieniem. Podczas rozgrzewki jeden z zawodników tak niefortunnie zawisł na obręczy, że trzeba ją było wymienić. Zapowiadało się więc na niezwykły wieczór.

    San Antonio prowadził nawet przez trzy kwarty, ale potem, cóż, wszystko się posypało. Ostatnią część gry przegrali aż 14:29 i to właśnie wtedy zgasła ich szansa na wygraną. Tutaj pojawia się bohater gospodarzy, a właściwie ich ławki. Reed Sheppard, rezerwowy Rockets, w tej decydującej kwarcie zdobył 12 ze swoich 21 punktów. To on dał sygnał do odrabiania strat i właściwie przechylił szalę zwycięstwa na swoją stronę. Kevin Durant dołożył swoje 18 punktów, a Alperen Sengun był bliski triple-double, kończąc z 20 punktami, 13 zbiórkami i 9 asystami.

    A co z liderami Spurs? Cóż, Victor Wembanyama miał wyjątkowo słaby dzień pod koszem. Udało mu się trafić tylko 5 rzutów z 21 prób, w tym ani jednego za trzy punkty. Skończył z 14 punktami i 10 zbiórkami. Najlepiej spisał się Julian Champagnie, który rzucił 27 punktów, w tym osiem trafionych trójek. Ale to nie wystarczyło.

    I teraz wróćmy do Sochana. To już nie jest pojedynczy incydent. Z informacji, które mamy, wynika, że to kolejne spotkanie, w którym Polak jest zdrowym rezerwowym. Podobna sytuacja miała miejsce wcześniej w meczu z Minnesotą Timberwolves. To zaczyna rysować pewien trend, prawda? W artykule źródłowym padło nawet dosadne stwierdzenie, że jego sytuacja w drużynie jest „bardzo trudna”. Trudno się z tym nie zgodzić, kiedy zawodnik w sile wieku nie może się przebić do rotacji.

    Pytanie, co jest tego powodem? Czy chodzi o formę, taktykę, a może relacje z trenerem? Tego dokładnie nie wiemy. Wiadomo natomiast, że Sochan to zawodnik o ogromnym potencjale, który w przeszłości potrafił być kluczowy dla Spurs. Pamiętacie pewnie jego double-double przeciwko tym samym Rocketom w poprzednich sezonach albo jego zaangażowanie, które czasem prowadziło do emocjonujących przepychanek na parkiecie, jak chociażby w meczu z Oklahoma City Thunder. To nie jest gracz, który się chowa.

    Tymczasem Spurs notują kolejną porażkę. To już czternasta w tym sezonie. Klub, który wiceliduje w Konferencji Zachodniej, chyba szuka jakiegoś stabilnego składu i rotacji. Niestety, na razie w tych planach nie ma miejsca dla Jeremy’ego Sochana.

    Co dalej? Czekamy na jakieś oficjalne stanowisko od klubu lub trenera. Być może to tylko chwilowa decyzja taktyczna. Ale kiedy takie „chwilowe” decyzje powtarzają się, zaczynają budować niepokojącą historię. Dla polskiego kibica koszykówki to na pewno niezbyt wesoły widok. Mamy nadzieję, że talent Sochana wkrótce znów zobaczymy na parkiecie. Bo szkoda byłoby, żeby taki zawodnik po prostu przesiadywał na ławce.

    Źródła