Autor: HoopsWizard

  • Kolenda wybrał Bundesligę. Szok na początku, ale nie żałuje decyzji

    Kolenda wybrał Bundesligę. Szok na początku, ale nie żałuje decyzji

    Łukasz Kolenda miał przed sobą typowy dylemat współczesnego sportowca. Z jednej strony stabilna, dobra finansowo oferta z rodzimej ORLEN Basket Ligi. Z drugiej – wyzwanie i szansa na rozwój za granicą, choć niekoniecznie z gwarancją wyższych zarobków. Wybrał to drugie i przeniósł się do niemieckiej Bundesligi. I jak sam przyznaje, początki były szokujące.

    Na samym wstępie uderzyła go różnica w tempie gry. Bundesliga okazała się po prostu szybsza i bardziej fizyczna niż to, do czego przywykł w Polsce. Nie było miejsca na wahanie czy chwilę zastanowienia. Każdy błąd był natychmiast karany, a presja na boisku – nieporównywalna.

    Na początku był szok – wspominał zawodnik. – Rzeczywiście, poziom jest tu wyższy, gra jest szybsza, bardziej fizyczna. Jest też większy profesjonalizm i zero tolerancji dla jakiegokolwiek zawahania.

    Co ciekawe, ta decyzja nie była podyktowana chęcią zarobienia większych pieniędzy. Kolenda otwarcie przyznaje, że miał w Polsce propozycje, które pod pewnymi względami były dla niego korzystniejsze finansowo. Postawił jednak na coś innego – na doświadczenie, rozwój i sprawdzenie się w jednej z czołowych lig w Europie.

    Szybka adaptacja i dobre statystyki

    Szok minął jednak dość szybko. Polak świetnie zaadaptował się do nowych warunków i zaczął odgrywać kluczową rolę w swoim nowym zespole. Jego statystyki w europejskich pucharach, w których gra jego zespół Rostock Seawolves, są więcej niż przyzwoite. Notuje średnio około 12,3 punktu na mecz, przy dobrym rzucie z dystansu – trafia około 36% swoich prób za linią trzech punktów.

    To pokazuje, że decyzja o wyjeździe, choć trudna, była trafiona. Kolenda nie tylko radzi sobie w nowym środowisku, ale także rozwija swój warsztat. Wymagania ligi niemieckiej zmusiły go do poprawy wielu aspektów swojej gry, zwłaszcza pod względem fizycznym i mentalnym.

    Warto dodać, że taka ścieżka kariery – z Polski do silniejszej ligi zachodniej – wcale nie jest standardem. Wielu polskich zawodników woli pozostać w komfortowych warunkach krajowej ekstraklasy, gdzie znają wszystkich, mają stabilną pozycję i dobre zarobki. Wybór Kolendy wymagał więc sporej odwagi.

    Czego nauczył się za granicą?

    Po kilku miesiącach gry w Niemczech koszykarz może już wskazać konkretne różnice. Poza oczywistą szybkością i fizycznością, docenia większy profesjonalizm całego otoczenia. Od przygotowania drużyny, przez analizę rywali, po podejście do codziennego treningu – wszystko jest na nieco wyższym poziomie.

    Ciekawe jest to, że ta lekcja nie dotyczy tylko koszykówki. To również sprawdzian charakteru i umiejętności radzenia sobie w zupełnie nowej sytuacji. Zmiana kraju, języka, stylu gry i oczekiwań to test dla każdego zawodnika.

    Kolenda zdaje go na dobrym poziomie. Jego dobre występy są najlepszym dowodem na to, że warto czasem wyjść ze strefy komfortu, nawet jeśli wiąże się to z krótkotrwałym szokiem. Długofalowe korzyści – zarówno sportowe, jak i rozwojowe – mogą być znacznie większe.

    Swoją drogą, jego historia może być inspiracją dla innych młodych polskich talentów. Pokazuje, że warto mierzyć wyżej, nawet jeśli początki bywają trudne. Sukces w Bundeslidze otwiera zupełnie nowe możliwości i może być przepustką do jeszcze ciekawszych etapów kariery.

    Czy Polak będzie żałował swojej decyzji? Wszystko na to wskazuje, że nie. Statystyki mówią same za siebie, a on sam podkreśla wartość zdobytego doświadczenia. Czasem w życiu, także w sporcie, nie chodzi tylko o to, co jest tu i teraz na koncie bankowym. Chodzi o rozwój, wyzwania i budowanie czegoś więcej.

    Źródła

  • Gabriel Sularski i kolejny talent z Polski. Dwie gwiazdy błysnęły na elitarnym obozie NBA

    Gabriel Sularski i kolejny talent z Polski. Dwie gwiazdy błysnęły na elitarnym obozie NBA

    W połowie sierpnia w Manchesterze odbył się prestiżowy program Basketball Without Borders. To inicjatywa NBA i FIBA, która gromadzi największe koszykarskie talenty z całego globu.

    W tym elitarnym gronie znaleźli się przedstawiciele Polski. Jednym z nich jest Gabriel Sularski, młody strzelec, który już teraz budzi ogromne zainteresowanie amerykańskich uczelni.

    Kim jest Gabriel Sularski?

    To zawodnik z rocznika 2026, który od kilku lat szlifuje swoje umiejętności za oceanem. Obecnie gra dla Layton Christian Academy i jest uznawany za jednego z najlepszych strzelców w swojej klasie.

    Jego statystyki z obecnego sezonu mówią same za siebie: średnio 15,2 punktu, 4,6 asysty i prawie 4 zbiórki na mecz. Te liczby plasują go wśród liderów krajowej klasyfikacji punktowej wśród szkół średnich.

    Co więcej, już teraz ma na koncie oferty stypendialne od potęg akademickiego basketu. Michigan State, Northwestern czy Purdue – to tylko niektóre z uniwersytetów, które chcą go widzieć w swoich barwach.

    Dlaczego ten obóz jest tak ważny?

    Basketball Without Borders to coś więcej niż tylko zwykły camp. To swoista wystawa talentów pod bezpośrednią opieką ligi NBA. Udział w nim to nie tylko prestiż, ale przede wszystkim możliwość zmierzenia się z absolutną światową elitą w swoim wieku.

    Dla młodych zawodników to pierwszy, namacalny kontakt ze standardami panującymi w najlepszej lidze świata. Poznają treningi, wymagania i mentalność potrzebną do gry na najwyższym poziomie.

    Ciekawe jest to, że Polacy regularnie pojawiają się na tej imprezie od lat. To pokazuje, że nasza młodzieżowa koszykówka ma naprawdę wysoki poziom i jest dostrzegana przez globalnych skautów.

    Drugi polski diament

    Sularski był naszym reprezentantem w Manchesterze. Choć w przeszłości na podobnych obozach pojawiało się więcej polskich zawodników, fakt obecności naszych koszykarzy na najważniejszych międzynarodowych arenach już na bardzo wczesnym etapie kariery jest niezwykle budujący.

    To pokazuje pewien trend – polscy koszykarze coraz śmielej wkraczają na najważniejsze międzynarodowe areny już na bardzo wczesnym etapie kariery.

    Dla porównania, jeszcze kilkanaście lat temu takie wydarzenia były poza zasięgiem większości naszych talentów. Teraz stały się realnym celem i etapem rozwoju.

    Co dalej z Sularskim?

    Najbliższa przyszłość Gabriela rysuje się bardzo wyraźnie. Po ukończeniu szkoły średniej czeka go gra w NCAA Division I. Wybór uczelni będzie kluczowy dla jego dalszego rozwoju.

    Każda z oferujących mu stypendium szkół ma potężne zaplecze treningowe i historię przygotowywania zawodników do NBA. Decyzja będzie musiała uwzględniać nie tylko sportowe aspekty, ale też możliwości rozwoju pod okiem konkretnych trenerów.

    Z drugiej strony udział w BWB otwiera przed nim dodatkowe drzwi. Z pewnością zwrócił na siebie uwagę skautów klubów NBA obserwujących obóz.

    Jego ścieżka przypomina trochę drogę innych europejskich zawodników, którzy poprzez grę w amerykańskiej szkole średniej i college'u trafili do ligi. To sprawdzony model, który przynosi rezultaty.

    Polska koszykówka ma powody do optymizmu. Obecność naszych młodych talentów na tak prestiżowych wydarzeniach to dowód na dobrą pracę u podstaw i rosnący prestiż naszego kraju na koszykarskiej mapie świata.

    Źródła

  • Harrison Barnes przypomniał o sobie efektownym wsadem. Czy to znak nowych obowiązków?

    Harrison Barnes przypomniał o sobie efektownym wsadem. Czy to znak nowych obowiązków?

    Harrison Barnes, doświadczony skrzydłowy Sacramento Kings, dostarczył jednej z bardziej widowiskowych akcji mijającego tygodnia. Podczas meczu z 11 lutego 2026 roku przeciwko Dallas Mavericks zaprezentował potężnego wsada.

    Nagranie z tego zagrania trafiło do zestawień w mediach społecznościowych. Pokazuje ono Barnesa przemieszczającego się szybkim dribblingiem przez środek boiska, a następnie odbijającego się tuż przed koszem i wbijającego piłkę z impetem, co wywołało głośny okrzyk trybun.

    Taka forma w wykonaniu 33-letniego już zawodnika jest szczególnie interesująca w kontekście aktualnej sytuacji jego drużyny. W kręgach fantasy basketball pojawiały się dyskusje, że Barnes może być beneficjantem ewentualnej dłuższej absencji któregoś z młodszych kolegów.

    Gdyby któryś z kluczowych graczy faktycznie opuścił więcej spotkań, logicznym ruchem wydaje się zwiększenie minut na parkiecie dla doświadczonego Barnesa. To właśnie on mógłby być naturalnym kandydatem do przejęcia części obowiązków ofensywnych i defensywnych.

    Barnes zabiera głos w sprawie kolegów

    Co ciekawe, Harrison Barnes jest znany z lojalności wobec współpartnerów i wiary w ich umiejętności. Dla zespołu takie publiczne wsparcie ze strony jednego z weteranów szatni ma nieocenioną wartość.

    Co dalej z Kings?

    Spektakularny wsad Barnesa to coś więcej niż tylko ładne dwa punkty do statystyk. To sygnał dla trenera i zarządu klubu, że mimo wieku nadal ma siłę i atletykę, by wpływać na wynik spotkania efektownymi zagraniami.

    Dla fanów fantasy jest to wyraźna podpowiedź do monitorowania sytuacji kadrowej Kings. Zwiększony czas gry Barnesa mógłby przełożyć się na lepsze statystyki we wszystkich głównych kategoriach.

    Wydaje się więc, że jedna akcja połączyła kilka ważnych wątków: indywidualną formę zawodnika, taktyczne rozterki drużyny oraz emocje związane z uznaniem dla gwiazd ligi. A wszystko to przy okazji kolejnego, rutynowego już wieczoru sezonu zasadniczego NBA.

    Kolejne mecze pokażą, czy ten energetyczny wsad był tylko pojedynczym akcentem, czy może zapowiedzią nowej, większej roli Harrisona Barnesa w finiszującej fazie sezonu Sacramento Kings.

    Źródła

  • Koniec passy Hornets i bokserski ring w Detroit. Pistons wygrywają w cieniu wielkiej awantury

    Koniec passy Hornets i bokserski ring w Detroit. Pistons wygrywają w cieniu wielkiej awantury

    Poniedziałkowy wieczór w Charlotte miał być kolejnym dniem w biurze dla rozpędzonych Charlotte Hornets. Zamiast tego dostaliśmy sceny rodem z gali sportów walki i zwycięstwo gości. Choć wynik idzie w świat, to jednak wydarzenia z trzeciej kwarty zdominują nagłówki sportowe na najbliższe dni.

    Iskra, która wywołała pożar

    Do końca trzeciej kwarty pozostawała niespełna minuta i 58 sekund, kiedy emocje wzięły górę nad sportową rywalizacją. Wszystko zaczęło się pod koszem, gdzie Moussa Diabate sfaulował środkowego Pistons, Jalena Durena.

    To nie był jednak koniec. Duren odpowiedział ruchem, który wyglądał na uderzenie lub mocne odepchnięcie rywala, co natychmiast wywołało reakcję łańcuchową. Diabate ruszył z szarżą na Durena, a w obronie kolegi stanął Miles Bridges z Hornets, który próbował wyprowadzić cios w kierunku gracza Pistons.

    Kto wyleciał z boiska?

    Sytuacja eskalowała błyskawicznie. Sędziowie mieli pełne ręce roboty, a po analizie wideo podjęli drastyczne, choć w pełni uzasadnione decyzje. Z parkietu usunięto aż czterech zawodników:

    • Jalen Duren (Pistons) – za zainicjowanie konfliktu
    • Moussa Diabate (Hornets) – za eskalację i próbę ataku
    • Miles Bridges (Hornets) – za wyprowadzenie ciosu
    • Isaiah Stewart (Pistons) – za opuszczenie ławki rezerwowych i dołączenie do zamieszania

    Sytuacja Isaiaha Stewarta jest trudna, mimo że dołączył do zajścia dopiero po ataku Bridgesa. Liga NBA jest bezlitosna dla graczy opuszczających strefę ławki podczas bójek, więc niemal na pewno czekają go dodatkowe konsekwencje w postaci zawieszenia.

    Cunningham trzymał nerwy na wodzy

    Ciekawe jest to, jak na to całe zamieszanie zareagowała reszta zespołu z Detroit. Po wyrzuceniu Durena i Stewarta, Pistons zostali praktycznie bez swoich głównych podkoszowych. Wydawało się, że to idealny moment dla Hornets, by przejąć kontrolę i przedłużyć swoją imponującą serię dziewięciu zwycięstw z rzędu.

    Nic z tego. Ciężar gry wziął na siebie Cade Cunningham.

    Lider Tłoków zagrał fenomenalnie. W kluczowych momentach, gdy atmosfera na trybunach wciąż była gęsta od emocji, on po prostu robił swoje. To dzięki jego opanowaniu Detroit zdołało utrzymać prowadzenie, mimo że grali w eksperymentalnym, niskim ustawieniu przeciwko fizycznie grającym rywalom.

    Koniec pięknej serii

    Dla Charlotte Hornets to bolesny powrót na ziemię. Ich seria 9 zwycięstw była jedną z najgorętszych historii w lidze w ostatnich tygodniach. Przegrana z liderującymi na Wschodzie Pistons, i to w takich okolicznościach, z pewnością zostawi niesmak.

    Teraz oba zespoły czekają na decyzje biura ligi w sprawie kar. Biorąc pod uwagę gwałtowność zajścia i liczbę zaangażowanych graczy, sypną się nie tylko grzywny, ale prawdopodobnie też zawieszenia, które mogą wpłynąć na najbliższe mecze obu drużyn.

    Źródła

  • Noc wielkich powrotów i buzzer-beaterów: Lakers, Cavaliers i Bulls dają popis w NBA

    Noc wielkich powrotów i buzzer-beaterów: Lakers, Cavaliers i Bulls dają popis w NBA

    Kolejna noc NBA dostarczyła emocji, które trudno opisać w kilku zdaniach. Mamy tu powroty z zaświatów, buzzer-beatery na pożegnanie legendarnego numeru i pojedynki gwiazd, które przypominają, dlaczego kochamy ten sport. A wszystko to działo się w sobotę, 25 stycznia 2026 roku. Zaczynamy od Teksasu, bo tam rozegrał się chyba najbardziej szalony mecz wieczoru.

    Wyobraźcie sobie taką sytuację: Los Angeles Lakers przylatują do Dallas, by zmierzyć się z Mavericks. Do ostatniej kwarty wszystko idzie nie po ich myśli. W pewnym momencie przegrywają aż 87:102. To oznacza, że brakuje im piętnastu punktów, a na zegarze tyka już ostatnia, decydująca kwarta. Normalnie, w takich warunkach wielu zespołów pakowałoby manatki. Ale Lakers to nie jest zwykły zespół, szczególnie gdy mają w składzie Lukę Doncicia i LeBrona Jamesa. Co się stało? Cóż, stał się mały cud. A może po prostu zimna, koszykarska kalkulacja.

    Drużyna z Los Angeles uruchomiła defensywną prasę. Nagle Mavericks przestali trafiać, a każdy ich atak stawał się heroicznym wysiłkiem. Po stronie Lakers iskrą zapalną okazał się Rui Hachimura. Japoński skrzydłowy najpierw zdobył cztery punkty po faulu za rzut za trzy, a potem, niemal bez namysłu, trafił kolejną trójkę. To właśnie te akcje, na 2:45 i potem na 2:10 przed końcem, doprowadziły najpierw do remisu, a później wyprowadziły Lakers na prowadzenie. Dallas się zawahało, a LeBron James i Marcus Smart dopełnili dzieła, zapewniając ostateczne zwycięstwo 116:110. Luka Doncić, który wrócił do Dallas dopiero po raz drugi od swojego głośnego transferu, zaliczył solidne 33 punkty i 11 asyst. Po meczu mówił o zaufaniu w zespole. Chyba miał rację.

    Ale to nie był jedyny pokaz siły w sobotni wieczór. Przenieśmy się na Florydę, gdzie Cleveland Cavaliers gościli u Orlando Magic. Tam głównym aktorem był Donovan Mitchell. Facet po prostu nie dawał sobie rady. Zdobył 36 punktów, a 27 z nich po przerwie. Gdy Magic próbowali jeszcze oddychać, Mitchell wjechał pod kosz, a jego koledzy z drużyny – Lonzo Ball, Evan Mobley i Tyrese Proctor – zaczęli seryjnie trafiać za trzy. W mgnieniu oka Cavs zbudowali prowadzenie 97:79 i praktycznie zamknęli sprawę. Finał 119:105 to zasłużona wygrana dla zespołu, który radzi sobie znakomicie mimo kontuzji kluczowych graczy. Dla Orlando to już trzecia porażka z rzędu, a ich problemy z rzutami za trzy (tylko 11 trafień na 40 prób) są coraz bardziej widoczne.

    A teraz coś, co pewnie rozgrzeje serca fanom nostalgii. W Chicago tego wieczoru oficjalnie zastrzeżono numer „1”, który nosił nie kto inny jak Derrick Rose, lokalny bohater i były MVP ligi. Ceremonia była podniosła, ale mecz z Boston Celtics okazał się równie emocjonalny. Przez większość spotkania Byki prowadziły, jednak na 14 sekund przed końcem Jaylen Brown doprowadził do remisu. Wydawało się, że czeka nas dogrywka. Ale Bulls mieli inny plan. Po przerwie na żądanie piłkę otrzymał Kevin Huerter. I tu jest świetny detal – Huerter wszedł na parkiet w koszulce z numerem 1, oddając hołd Rose’owi. Czy mógł wymyślić lepszy sposób na uhonorowanie legendy? Chyba nie. Złapał piłkę w rogu boiska, oddał rzut i… trafił! Zostało mniej niż sekunda do końca. Chicago wygrało 114:111, a cała hala oszalała. To jeden z tych momentów, które zapisują się w historii klubu.

    Warto wspomnieć jeszcze o kilku innych spotkaniach. This claim should be verified with proper sources or removed from the article. This claim should be verified with proper sources or removed from the article. This claim should be verified with proper sources or removed from the article., co tylko pogłębia ich kryzys.

    Co z tego wszystkiego wynika? Przede wszystkim to, że w NBA żadna przewaga nie jest bezpieczna. Piętnaście punktów? To tylko liczby, póki nie zabrzeczy syrena. Po drugie, indywidualne klasy są w stanie przechylić szalę, tak jak zrobił to Donovan Mitchell. I po trzecie, koszykówka to piękna historia, w której hołd dla przeszłości może inspirować do heroicznych czynów w teraźniejszości, czego najlepszym przykładem jest zwycięski rzut Kevina Huertera. Sezon nabiera tempa, a walka o play-offy zaostrza się z tygodnia na tydzień. Kolejna noc z pewnością przyniesie nowe niespodzianki.

    Źródła

  • Jeremy Sochan znów na ławce. Spurs przegrywają z Rocketami, a sytuacja Polaka jest trudna

    Jeremy Sochan znów na ławce. Spurs przegrywają z Rocketami, a sytuacja Polaka jest trudna

    To nie jest dobry czas dla Jeremy’ego Sochana. Jeśli szukacie jego nazwiska w statystykach z wtorkowego meczu NBA między Houston Rockets a San Antonio Spurs, to możecie się nieco zdziwić. Bo tam go po prostu nie ma. Polski skrzydłowy, który ma dopiero 22 lata, przesiedział całe spotkanie na ławce rezerwowych. I nie, nie chodziło o żadną kontuzję. Po prostu trener nie zdecydował się na jego wykorzystanie.

    A mecz, trzeba przyznać, był emocjonujący. Spurs przegrali ostatecznie 106:111, ale do ostatnich minut walczyli o zwycięstwo. Co ciekawe, spotkanie zaczęło się z 22-minutowym opóźnieniem. Podczas rozgrzewki jeden z zawodników tak niefortunnie zawisł na obręczy, że trzeba ją było wymienić. Zapowiadało się więc na niezwykły wieczór.

    San Antonio prowadził nawet przez trzy kwarty, ale potem, cóż, wszystko się posypało. Ostatnią część gry przegrali aż 14:29 i to właśnie wtedy zgasła ich szansa na wygraną. Tutaj pojawia się bohater gospodarzy, a właściwie ich ławki. Reed Sheppard, rezerwowy Rockets, w tej decydującej kwarcie zdobył 12 ze swoich 21 punktów. To on dał sygnał do odrabiania strat i właściwie przechylił szalę zwycięstwa na swoją stronę. Kevin Durant dołożył swoje 18 punktów, a Alperen Sengun był bliski triple-double, kończąc z 20 punktami, 13 zbiórkami i 9 asystami.

    A co z liderami Spurs? Cóż, Victor Wembanyama miał wyjątkowo słaby dzień pod koszem. Udało mu się trafić tylko 5 rzutów z 21 prób, w tym ani jednego za trzy punkty. Skończył z 14 punktami i 10 zbiórkami. Najlepiej spisał się Julian Champagnie, który rzucił 27 punktów, w tym osiem trafionych trójek. Ale to nie wystarczyło.

    I teraz wróćmy do Sochana. To już nie jest pojedynczy incydent. Z informacji, które mamy, wynika, że to kolejne spotkanie, w którym Polak jest zdrowym rezerwowym. Podobna sytuacja miała miejsce wcześniej w meczu z Minnesotą Timberwolves. To zaczyna rysować pewien trend, prawda? W artykule źródłowym padło nawet dosadne stwierdzenie, że jego sytuacja w drużynie jest „bardzo trudna”. Trudno się z tym nie zgodzić, kiedy zawodnik w sile wieku nie może się przebić do rotacji.

    Pytanie, co jest tego powodem? Czy chodzi o formę, taktykę, a może relacje z trenerem? Tego dokładnie nie wiemy. Wiadomo natomiast, że Sochan to zawodnik o ogromnym potencjale, który w przeszłości potrafił być kluczowy dla Spurs. Pamiętacie pewnie jego double-double przeciwko tym samym Rocketom w poprzednich sezonach albo jego zaangażowanie, które czasem prowadziło do emocjonujących przepychanek na parkiecie, jak chociażby w meczu z Oklahoma City Thunder. To nie jest gracz, który się chowa.

    Tymczasem Spurs notują kolejną porażkę. To już czternasta w tym sezonie. Klub, który wiceliduje w Konferencji Zachodniej, chyba szuka jakiegoś stabilnego składu i rotacji. Niestety, na razie w tych planach nie ma miejsca dla Jeremy’ego Sochana.

    Co dalej? Czekamy na jakieś oficjalne stanowisko od klubu lub trenera. Być może to tylko chwilowa decyzja taktyczna. Ale kiedy takie „chwilowe” decyzje powtarzają się, zaczynają budować niepokojącą historię. Dla polskiego kibica koszykówki to na pewno niezbyt wesoły widok. Mamy nadzieję, że talent Sochana wkrótce znów zobaczymy na parkiecie. Bo szkoda byłoby, żeby taki zawodnik po prostu przesiadywał na ławce.

    Źródła