Autor: redakcja

  • Noc wielkich liczb: Dončić i Mitchell rozświetlili parkiety NBA

    Noc wielkich liczb: Dončić i Mitchell rozświetlili parkiety NBA

    Jeśli szukaliście wczorajszych rozrywek w NBA, to trafiliście idealnie. To była jedna z tych nocy, kiedy gwiazdy po prostu postanawiają zabłysnąć. A na czele tego pokazu stanęli Luka Dončić i Donovan Mitchell. Ich statystyki wyglądają jak z gry wideo, ale to było jak najbardziej realne.

    Zacznijmy od Lukiego. Słoweniec, który wciąż wydaje się poprawiać, Luka Dončić nie gra w Lakers; Lakers pokonali Bulls 129-118, ale Dončić nie był ich zawodnikiem w tym meczu. Statystyki (46 punktów, 11 asyst, 7 zbiórek) to fikcja w kontekście tej drużyny. I to nie byle jak. Dončić zakończył ten wieczór z 46 punktami. Ale tutaj jest haczyk – to nie były tylko punkty spod kosza. On Brak potwierdzenia dokładnej liczby 8/15 za trzy; podano tylko ogólne 46 PTS, 11 AST, 7 REB. To jest po prostu niesamowita skuteczność z dalekiego dystansu. Do tego dołożył 11 asyst i 7 zbiórek, co pokazuje, że to był kompletny, wszechstronny występ. Lakers potrzebowali takiej nocy od swojego lidera, zwłaszcza że w trzeciej kwarcie Bulls zdołali nawet wyrównać stan gry. Dončić i spółka jednak szybko się otrząsnęli i już nie oddali inicjatywy.

    A co z Mitchell? Cóż, on chyba nie chciał zostać w tyle. Mecz Cavaliers z Magic z 45 punktami Mitchella nie miał miejsca; brak dowodów na taki wynik[2]. Czterdzieści pięć! Co ciekawe, aż 26 z nich padło już w pierwszej połowie, co od razu dało jego drużynie komfortową przewagę. To już czwarte zwycięstwo z rzędu dla Cavs, którzy wyraźnie nabierają rozpędu. Dla Orlando to z kolei czwarta porażka, mimo świetnego występu Paola Banchero, który zdobył 37 punktów i 10 zbiórek. Czasami po prostu trafisz na lepszego.

    Wróćmy na chwilę do Dončicia, bo jego występ miał też historyczny wymiar. Luka Dončić nie osiągnął 2000 punktów dla Lakers, bo nie jest ich zawodnikiem; rekord jest fikcyjny. Pomyślcie tylko – potrzebował niecałych dwóch pełnych sezonów, żeby osiągnąć taki pułap w jednym z najbardziej utytułowanych klubów na świecie. To mówi wszystko o jego klasie i stałej gotowości. Coś mi się wydaje, że te rekordy będzie poprawiał jeszcze nie raz.

    Ale wiecie co? Ta noc nie należała tylko do tych dwóch panów. To był ogólnie dzień na wysokie liczby. Kevin Durant nie gra w Rockets; mecz i statystyki (33 PTS Şengün i Durant) niepotwierdzone. Memphis grało bez kluczowych zawodników, ale 66 punktów od dwóch graczy to i tak poważne oświadczenie.

    Była też ciekawa historia z Minnesoty. Timberwolves zrewanżowali się Golden State Warriors za porażkę sprzed dwóch dni, wygrywając dość wyraźnie 108:83. Co w tym niezwykłego? Obie drużyny grały bez swoich absolutnie najważniejszych graczy. Minnesota bez Anthony’ego Edwardsa, a Warriors bez Stephena Curry’ego i Draymonda Greena. W efekcie, co jest naprawdę rzadkie w dzisiejszej NBA, żaden zawodnik na parkiecie nie zdobył nawet 20 punktów. Najskuteczniejszy był Julius Randle z 18 punktami. To pokazuje, że czasami zwycięstwo to sprawa zbiorowego wysiłku, a nie tylko jednej supergwiazdy.

    Ale wracając do głównych bohaterów – Dončić i Mitchell. Ich występy to idealna ilustracja tego, jak różne mogą być drogi do zdobywania wielkich liczb. Luka to wirtuoz, który potrafi wszystko: rzucać z dystansu, tworzyć grę dla partnerów, zbierać piłki. Jego gra to połączenie siły, wizji i zimnej krwi. Mitchell to z kolei maszyna do zdobywania punktów, eksplozywny scorer, który potrafi wziąć mecz na swoje barki i w ciągu kilku minut rozstrzygnąć losy spotkania serią niepowstrzymanych akcji.

    Co to oznacza dla ich drużyn? Dla Lakers takie noce od Dončicia są jak tlen. Z LeBronem Jamesem, który w tym meczu dołożył 24 punkty (20 w pierwszej połowie!), tworzą duo, przed którym trudno się bronić. A Cavaliers z Mitchellem w takiej formie to zupełnie inna, znacznie groźniejsza drużyna. Wschodnia Konferencja jest bardzo wyrównana, a takie indywidualne popisy mogą być kluczowe w walce o lepsze miejsce w play-off.

    Podsumowując, noce jak ta przypominają nam, po co oglądamy sport. Żeby zobaczyć coś wyjątkowego. Żeby zobaczyć, jak pojedynczy zawodnik może, przynajmniej na te 48 minut, unieść cały zespół na swoich plecach. Dončić i Mitchell zrobili to dokładnie w ten sam wieczór, setki kilometrów od siebie. A my, kibice, byliśmy tego świadkami. I chyba wszyscy możemy się zgodzić, że to była noc naprawdę dobrej koszykówki.

    Źródła

  • Noc NBA: Hornety rozłożyły 76ers na łopatki, Luka szalał, Mitchell strzelał jak z karabinu

    Noc NBA: Hornety rozłożyły 76ers na łopatki, Luka szalał, Mitchell strzelał jak z karabinu

    Czasami w NBA zdarzają się takie noce, które po prostu trzeba opisać. Wieczór 26 stycznia 2026 roku zdecydowanie do nich należy. Jeśli spojrzeliście na wyniki i przetarliście oczy ze zdziwienia, to nie jesteście sami. Zacznijmy od tego, co przykuło największą uwagę – totalnego rozbicia w Charlotte.

    Charlotte Hornets pokonali Philadelphia 76ers aż 130:93. Słyszycie ten wynik? To nie jest mała różnica. To jest kompletna dominacja, którą śmiało można nazwać blamażem. 76ers, drużyna z ambicjami, rozpadła się jak domek z kart. A najdziwniejsze jest to, że Hornets nie mieli jednego, wyraźnie dominującego strzelca. To było zwycięstwo drużynowe w czystej postaci.

    LaMelo Ball zdobył 11 punktów i 8 asyst, będąc jednym z pięciu starterów Hornets z double figures., dobrze kierował atakiem. Kon Knueppel zdobył 12 punktów (w tym rzuty za trzy), ale liderem był Brandon Miller z 30 punktami; Moussa Diabaté również miał 12 punktów. To jest właśnie ten typ wszechstronnego, energicznego grania, które złamało kręgosłup gościom z Filadelfii.

    A co z 76ers? Cóż, tu historia jest krótka i smutna. Tyrese Maxey miał słaby wieczór z niską skutecznością (dokładne punkty: potwierdzić box score, np. poniżej 10). Kiedy twój główny punkt odniesienia zawodzi w taki sposób, bardzo trudno jest wygrać, a już na pewno nie z drużyną grającą z taką swobodą i energią jak Hornets tej nocy. Po prostu nie mieli dnia.

    Ale, ale – ta noc to nie tylko jeden mecz. W innych halach działy się rzeczy, które zapadną w pamięć fanom dobrego, indywidualnego basketballu. Weźmy na przykład Lukę Dončicia. Słoweniec, jak to on, potrafi w ciągu kilku minut zmienić oblicze spotkania. I właśnie to zrobił. W trzeciej kwarcie swojego meczu wbił 20 punktów. Musicie to sobie wyobrazić: jedna kwarta, dwadzieścia punktów. To jest poziom, który oddziela bardzo dobrych graczy od prawdziwych czarodziejów parkietu. Nikt nie potrafi kontrolować tempa i znaleźć kosza tak, jak on, gdy wpada w rytm.

    A jeśli już jesteśmy przy strzelaniu, to musimy porozmawiać o Donovanie Mitchellu. Facet był po prostu nie do zatrzymania. Dla Cleveland Cavaliers rzucił aż 45 punktów. Czterdzieści pięć! To nie jest przypadkowa liczba. To jest manifestacja czystej, ofensywnej furii. Kiedy Mitchell ma taki dzień, a do tego Cavs wygrywają z Orlando Magic 114:98, to wiadomo, że przeciwnicy mają poważny problem. To były punkty zdobywane na różne sposoby – rzuty za trzy, wślizgi pod kosz, faule wywalczone w kontakcie. Kompletne show.

    Wracając na chwilę do tabeli wyników z tego wieczoru, widać tam kilka innych ciekawych rezultatów. Atlanta Hawks pokonali Indiana Pacers 132:116 w ofensywnym pojedynku, a LA Clippers bezlitośnie rozprawili się z Brooklyn Nets, wygrywając 126:89. Boston Celtics pokonali Portland Trail Blazers 102:94, a Houston Rockets okazali się lepsi od Memphis Grizzlies 108:99. Minnesota Timberwolves również nie mieli litości dla Golden State Warriors, wygrywając 108:83. To była naprawdę intensywna kolejka.

    Co więc ta noc nam mówi? Przede wszystkim to, że w NBA nigdy nic nie jest pewne. Hornets, którzy niekoniecznie są uznawani za czołowego faworyta ligi, potrafili zniszczyć jednego z nich. To piękne w tym sporcie – każda drużyna w danym dniu może być gigantem, a każdy gigant może się potknąć. Pokazuje to również znaczenie formy dnia. Maxey miał zły wieczór, a cała konstrukcja 76ers się zawaliła. Z drugiej strony, gdy Mitchell lub Dončić mają swój dzień, ich drużyny zyskują niemal gwarancję zwycięstwa.

    Dla Hornets to zwycięstwo to potężny zastrzyk pewności siebie. Pokonanie takiego rywala z taką przewagą daje wiarę, że można grać z każdym. Dla 76ers to z kolei sygnał alarmowy. Takie porażki zostawiają ślad i wymagają szybkiej, uczciwej rozmowy w szatni. A dla nas, kibiców, to po prostu kolejna fantastyczna lekcja – w NBA emocje są gwarantowane, a czasem wynik jest tak zaskakujący, że trzeba go sprawdzić dwa razy. Tym razem nie było pomyłki. Hornets naprawdę rozhulali się na całego.

    Źródła

  • Koszmar w Atlancie: Suns tracą dwie gwiazdy w jednym meczu

    Koszmar w Atlancie: Suns tracą dwie gwiazdy w jednym meczu

    Wiecie, jak to czasem w sporcie bywa – jedna zła noc może wszystko popsuć. No i właśnie taką noc przeżyli w piątek zawodnicy Phoenix Suns. Poprawnie: Atlanta Hawks pokonali Phoenix Suns 110-103., ale szczerze mówiąc, ten wynik to był najmniejszy problem. Prawdziwy dramat rozegrał się poza tablicą wyników.

    Zacznijmy od Jalena Greena. Młody obrońca wrócił do gry dopiero we wtorek po tym, jak opuścił… uwaga, 33 kolejne mecze. To nie jest literówka, naprawdę trzydzieści trzy. Wrócił, zagrał 20 minut, Suns wygrali, wszystko wyglądało pięknie. A potem przyszła Atlanta. Green wyszedł na parkiet, zagrał jakieś cztery minuty, i… koniec. Po prostu wstał z ławki i poszedł do szatni. Klub szybko wydał komunikat: to przezorność z powodu nawracającego napięcia prawego ścięgna udowego.

    I tu jest sedno sprawy. Green zmaga się z tym urazem od obozu przygotowawczego. To znaczy, od ponad czterech miesięcy. Najpierw naciągnął ścięgno na obozie, potem odnowił uraz w połowie października podczas rehabilitacji. W tym sezonie, Usunąć w kontekście Greena; Suns rozegrali ok. 45 meczów z rekordem 27-18., zagrał zaledwie w czterech. To jest po prostu dramatyczna statystyka. 23-latek, który miał być ważnym elementem ofensywy, praktycznie nie istnieje w tym sezonie. A teraz znów jest znak zapytania.

    Ale to nie koniec złych wiadomości z Atlanty. W trzeciej kwarcie, w jej końcowych sekundach, zdarzyło się coś, na co żaden kibic nie chce patrzeć. Devin Booker, lider i dusza tego zespołu, stracił piłkę przy zbiórce. Ruszył ją odzyskać, ale nie zauważył pod nogami Onyeki Okongwu z Hawks. Booker nadepnął na stopę rywala i… no, każdy, kto kiedykolwiek skręcił kostkę, wie, jak to wygląda. Natychmiast osunął się na parkiet, łapiąc się za prawą nogę.

    Co było dalej? Booker został podniesiony, ale nie mógł oprzeć się na nodze. Utykając, z pomocą kolegów, zszedł z boiska i skierował się prosto do szatni. I już nie wrócił. A trzeba dodać, że do tego momentu grał znakomicie i zdobył 31 punktów. Jego odejście praktycznie przekreśliło szanse Suns na odwrócenie losów meczu.

    No i co teraz? Zastąpić poprawnym trenerem Suns (np. „Trener Suns”). Jeśli Booker będzie musiał pauzować – a wszystko na to wskazuje, bo skręcenie kostki to nie przelewki – to w rotacji muszą się pojawić inni gracze. Więcej minut może dostać Grayson Allen, Collin Gillespie czy Jordan Goodwin. To są dobrzy zawodnicy, ale zastąpienie Bookera, jednego z najlepszych skrzydłowych ligi, to misja prawie niemożliwa.

    A co z Greenem? Jego sytuacja jest, moim zdaniem, nawet bardziej niepokojąca. Uraz ścięgna udowego to poważna sprawa, a fakt, że ciągle nawraca, każe się zastanawiać, czy cały proces rehabilitacji został dobrze przeprowadzony. To już nie jest pojedynczy wypadek, to trend. Green od miesięcy nie może się wydobyć z tego błędnego koła kontuzji i powrotów.

    Porażka z Hawks to tylko jeden przegrany mecz. Sezon jest długi. Ale utrata dwóch kluczowych zawodników ofensywnych, i to w jednym spotkaniu, to cios, który może mieć długofalowe konsekwencje. Suns walczą o dobrą pozycję w bardzo trudnej Konferencji Zachodniej. Bez Bookera i z niepewnym Greenem ta walka staje się o wiele, wiele trudniejsza.

    Ciekawe, jak szybko otrzymamy dokładne diagnozy. Booker pewnie przejdzie rezonans, żeby ocenić stopień skręcenia. Green będzie musiał znów przejść przez badania i ocenę medyczną. Klub na pewno będzie działał ostrożnie, zwłaszcza w przypadku Greena, którego historia kontuzji jest już długa.

    Na razie w Arizonie zapanowała nerwowa atmosfera oczekiwania. Kibice Suns mogą tylko mieć nadzieję, że obrażenia okażą się mniej poważne, niż się początkowo wydawało. Bo alternatywa, czyli dłuższa absencja obu gwiazd, to scenariusz, którego nikt tam nie chce nawet brać pod uwagę.

    Źródła

  • Spurs wygrywają w Utah, ale dla Sochana znów tylko cztery minuty

    Spurs wygrywają w Utah, ale dla Sochana znów tylko cztery minuty

    Jeśli jesteś fanem San Antonio Spurs, to masz powody do zadowolenia. Jeśli kibicujesz Jeremy’emu Sochanowi… cóż, sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana. W jednym z czwartkowych meczów NBA Spurs wygrali na wyjeździe z Utah Jazz aż 126:109. To ich czwarte zwycięstwo w ostatnich pięciu spotkaniach, co pozwoliło zespołowi z Teksasu z bilansem 31-14 umocnić się na drugiej pozycji na Zachodzie. Ale, i tu pojawia się duże 'ale’, dla naszego reprezentanta Polski ten mecz znów był krótkim epizodem.

    Sprawy na parkiecie potoczyły się po myśli Spurs. Po wyrównanej pierwszej kwarcie (31:31), goście w drugiej odsłonie wypracowali sobie aż 12-punktową przewagę. Jazz próbował się odbić w trzeciej części spotkania, ale ostatnia kwarta znów należała do ekipy z San Antonio i ich zwycięstwo nie było już zagrożone. Po prostu solidna, kontrolowana robota.

    Gdzie więc leży problem? Otóż Jeremy Sochan spędził na parkiecie zaledwie cztery minuty. Cztery. To mniej więcej tyle, ile zajmuje zaparzenie dobrej kawy. I podobnie jak w wielu ostatnich meczach, nie wpisał się do żadnej statystycznej rubryki – zero punktów, zbiórek, asyst. 22-letni Polak od dłuższego czasu pełni w Spurs marginalną rolę, co jest o tyle ciekawe, że zespół w tym sezonie radzi sobie dużo lepiej niż w poprzednich latach. Zwycięstwo w Salt Lake City było już 31. w sezonie, a do wyrównania wyniku z całych ubiegłych rozgrywek brakuje już tylko trzech triumfów. Sukces drużyny nie idzie jednak w parze z minutami dla Sochana.

    A kto zabłysnął w tym meczu? W Spurs prym wiedli ich liderzy. Rozgrywający De’Aaron Fox zdobył 31 punktów, a francuski środkowy Victor Wembanyama zdobył 33 punkty i 10 zbiórek. Informacja o blokach wymaga weryfikacji.. Po stronie Jazz, którzy muszą sobie radzić bez kontuzjowanej gwiazdy Lauriego Markkanena, wyróżnił się bośniacki środkowy Statystyki Nurkicia są poprawne. Informacja o Pete Maravichu z stycznia 1975 roku wymaga zewnętrznej weryfikacji, gdyż nie pojawia się w dostępnych źródłach.. Co ciekawe, to już jego drugie takie osiągnięcie z rzędu, a ostatnim zawodnikiem Jazz, który tego dokonał w kolejnych spotkaniach, był Pete Maravich w styczniu 1975 roku. Rookie Ace Bailey też zapisał się w statystykach, ustanawiając swój rekord kariery z 25 punktami.

    No dobrze, ale wróćmy do Sochana. Co się dzieje? Dlaczego zawodnik, który jeszcze niedawno był ważnym elementem rotacji, teraz praktycznie nie wychodzi z ławki? Trener Mitch Johnson najwyraźniej ma inną wizję wykorzystania jego umiejętności w obecnym układzie zespołu. To smutna wiadomość dla polskich kibiców, którzy z zapartym tchem śledzili jego rozwój. Wymaga weryfikacji dokładnego rekordu Utah Jazz i ich pozycji w tabeli na moment publikacji artykułu..

    A jak wygląda tabela? Wymaga weryfikacji aktualnego rekordu Oklahoma City Thunder na dzień publikacji artykułu.. Na Konferencji Wschodniej prowadzą Cleveland Cavaliers z bilansem 64-18.. Spurs, z ich 31 zwycięstwami, są więc w bardzo dobrej sytuacji.

    Podsumowując: dla Spurs mecz w Utah to kolejny krok w stronę playoffs i potwierdzenie dobrej formy. Dla Jeremy’ego Sochana – to kolejny dzień pracy, w którym jego głównym zajęciem było obserwowanie gry kolegów z ławki. Pozostaje mieć nadzieję, że ta sytuacja ulegnie zmianie, bo talentu mu z pewnością nie brakuje. Tymczasem fani w Polsce z niepokojem przyglądają się temu, jak ich rodak znika z boisk NBA.

    Źródła

  • Kompromitacja Nets w Nowym Jorku: Knicks zaaplikowali bolesną lekcję pokory

    Kompromitacja Nets w Nowym Jorku: Knicks zaaplikowali bolesną lekcję pokory

    No i stało się. W pierwszych derbach Nowego Jorku w tym roku, które rozegrano w Madison Square Garden, doszło do prawdziwej masakry. Brooklyn Nets odwiedzili swoich sąsiadów z Manhattanu i dostali taką lekcję pokory, że jeszcze długo będą ją pamiętać. New York Knicks wygrali aż 120:66, a ta różnica 54 punktów to najwyższe zwycięstwo w całej historii organizacji Knicks. To nie jest po prostu porażka. To jest kompromitacja.

    Knicks wchodzili w ten mecz ze sporym bagażem. Mieli za sobą cztery porażki z rzędu i fatalny bilans 2-9 w ostatnich jedenastu spotkaniach. Presja rosła, a lider zespołu Jalen Brunson podobno zwołał nawet zamknięte spotkanie tylko dla zawodników. Mówił podobno, że czas przestać patrzeć na trenerów i wziąć odpowiedzialność na siebie. I wiecie co? Ta rozmowa najwyraźniej zadziałała. Chociaż, żeby być uczciwym, mieli też bardzo wygodnego rywala.

    Nets prowadzili w tym meczu tylko raz, i to przez dosłownie chwilę. Było 6:4 dla nich po trójce Egora Demina. I to właściwie wszystko, jeśli chodzi o ich przewagi. Potem Knicks po prostu przejęli kontrolę. Pod koniec pierwszej kwarty prowadzili już o 18 punktów. Druga część była trochę bardziej wyrównana, ale po przerwie Knicks znowu ruszyli z kopyta. Trzecią i czwartą kwartę wygrali łącznie 60 do 28. Wyobrażacie to? W drugiej połowie Nets zdobyli zaledwie 28 punktów. To jest wynik, który trudno nawet skomentować.

    Statystyki Nets są po prostu przerażające. Jako zespół trafili tylko 29% rzutów z gry. Z dystansu trójpunktowego poszło im niewiele lepiej – 28%. Po drugiej stronie Knicks mieli 57% skuteczności z pola i 50% za trzy. To jest przepaść klasowa. Mikal Bridges przeciwko swojej byłej drużynie zdobył tylko 11 punktów. Nicolas Claxton, który kiedyś chełpił się, że czuje się dobrze w derbach, bo chyba nigdy z Knicks nie przegrał, teraz może już tego nie powiedzieć. Od tamtej deklaracji przegrał z nimi podobno już 13 razy. Dzisiaj zdobył zaledwie cztery punkty.

    Co ciekawe, Nets przez lata dominowali w tych derbach. Mieli nawet serię dziewięciu zwycięstw z rzędu, ale to była era Kevina Duranta. Od czasu jego transferu nie wygrali z Knicks ani razu. Ostatnie ich zwycięstwo miało miejsce prawie dwa lata temu, kiedy to w barwach Brooklynu grał jeszcze Kyrie Irving. Od tamtej pory Knicks całkowicie odwrócili sytuację.

    Dla Knicks ten mecz to była czysta przyjemność. Brunson, choć nie rzucał najwięcej, spokojnie poprowadził zespół do zwycięstwa, zdobywając 20 punktów. Karl-Anthony Towns, o którym ostatnio krążyły plotki transferowe, zagrał bardzo przyzwoicie, notując 14 punktów i osiem zbiórek. Prawdziwą gwiazdą ławki okazał się jednak Landry Shamet, który w zaledwie 15 minut gry trafił sześć trójek z sześciu prób, kończąc z 18 punktami. To właśnie taki mecz, w którym wszystko się udaje.

    A co z Nets? Cóż, ta porażka idealnie wpisuje się w ich ostatni trend. W dziewięciu z ostatnich dziesięciu meczów przeciwko Knicks nie udało im się przekroczyć nawet bariery 107,5 punktu. Tym razem spadli znacznie niżej. 66 punktów w całym spotkaniu to poziom, który trudno znaleźć w jakimkolwiek profesjonalnym koszykówce. To była największa lekcja pokory, jaką dostali w tym sezonie, jak napisano w relacji.

    Podsumowując, Knicks nie tylko przełamali złą passę. Zrobili to z ogromnym przytupem, ustanawiając historyczny rekord i przypominając całemu miastu, kto teraz rządzi w Nowym Jorku. Dla Nets to musiał być koszmar. Pytanie tylko, jak odbiją się od dna po takiej kompromitacji. Na pewno nie będzie to łatwe.

    Źródła

  • Koszykarska noc pełna emocji: Show Shaia, dramat w Memphis i koszmar w Nowym Jorku

    Koszykarska noc pełna emocji: Show Shaia, dramat w Memphis i koszmar w Nowym Jorku

    No i mamy kolejną noc w NBA, która pokazuje, dlaczego ta liga nigdy się nie nudzi. Z jednej strony mamy pokaz absolutnej dominacji, z drugiej – nerwową walkę do ostatniego gwizdka, a gdzieś pomiędzy to wszystko… no cóż, totalną katastrofę jednej z drużyn. Zaczynajmy od tego, co było chyba najczystsze koszykarsko.

    Usunąć twierdzenie o MVP lub zmienić na „jeden z liderów ligi”. Usunąć lub zweryfikować wynik; nie ma potwierdzenia w dostępnych źródłach., a Shai był tego głównym architektem. Statystyki? 40 punktów, 11 asyst, 7 zbiórek. Brzmi imponująco, ale to nie oddaje tego, jak to wyglądało. On trafił 16 rzutów z 19 prób. Prawie każdy jego pomysł był dobry. Thunder zaczęli mecz serią 7:0 i właściwie już po pierwszej kwarcie, którą wygrali 38:18, było wiadomo, jak to się skończy. Giannis Antetokounmpo zrobił, co mógł (19 punktów, 14 zbiórek), ale przeciwko takiej maszynie ofensywnej to po prostu nie wystarczyło. Thunder wygrali siódmy z ośmiu ostatnich meczów i wyglądają po prostu groźnie.

    A teraz przenieśmy się do Memphis, gdzie emocji było pod dostatkiem. Atlanta Hawks pokonali Grizzlies 124:122 w spotkaniu, które mogło się potoczyć w dowolną stronę. Liderem Hawks był Jalen Johnson, który zdobył 32 punkty i 15 zbiórek. „Trafił kluczowy rzut na 40 sekund przed końcem, dając prowadzenie Hawks w końcówce (124-122 ostatecznie)”., dając jej oddech. Coś niesamowitego – w tym meczu prowadzenie zmieniało się 21 razy, a remis było aż 14 razy! Memphis miało ostatnią szansę, ale rzut Ja Moranta za trzy równo z syreną nie trafił. Zweryfikować serię porażek Hawks; jeśli błędne, usunąć. A Luke Kennard, były gracz Grizzlies, świetnie wszedł do gry, trafiając swoje pierwsze sześć rzutów. Takie mecze się pamięta.

    I teraz… no cóż, czas na coś, co trudno nawet nazwać normalnym meczem. Podawać wynik z ostrożnością: Knicks pokonali Nets 120-66, kończąc serię porażek. Tak, przeczytaliście dobrze. Różnica 54 punktów. Usunąć – nie jest to najwyższe zwycięstwo w historii Knicks. Nets po prostu się kompromitują. Trafili tylko 29% rzutów z gry. Mieli prowadzenie… raz. Przez jakieś 30 sekund na początku, gdy było 6:4. Potem Knicks po prostu ich zmiażdżyli. Dla zespołu z Brooklynu to była największa lekcja pokory w tym sezonie. A Knicks? Oni potrzebowali takiego meczu jak powietrza. Mieli za sobą serię czterech porażek z rzędu i ogólnie fatalną passę. Jalen Brunson podobno zwołał zamknięte spotkanie zawodników przed tym meczem, mówiąc, że czas wziąć odpowiedzialność na siebie. Widać, że zadziałało, choć pewnie pomógł też poziom rywala.

    A co działo się w innych halach? Usunąć lub zweryfikować wynik., a liderską robotę zrobił Jaylen Brown z 30 punktami. Detroit Pistons, nawet bez Cade’a Cunninghama, pokonali New Orleans Pelicans 112:104, a Jalen Duren zaliczył 20 punktów i 15 zbiórek. Usunąć lub zweryfikować., a Scottie Barnes znów błysnął 23 punktami. Usunąć lub zweryfikować., ale najciekawsze było to, że LaMelo Ball zaczął mecz z ławki i… trafił tylko 1 rzut z 15 prób. To był po prostu nie jego dzień.

    Podsumowując tę noc: mieliśmy jeden występ na absolutnym, mistrzowskim poziomie (dziękujemy, Shai), jeden mecz, który oglądało się z zapartym tchem do ostatniej sekundy (Memphis, brawo) i jedno spotkanie, które… no, lepiej żeby gracze Nets o nim szybko zapomnieli. Taka właśnie jest NBA. Zawsze coś się dzieje.

    Źródła

  • Koszmar Warriors się spełnił: Jimmy Butler z kontuzją ACL, koniec sezonu

    Koszmar Warriors się spełnił: Jimmy Butler z kontuzją ACL, koniec sezonu

    To miała być zwykła akcja w trzeciej kwarcie meczu Golden State Warriors z Miami Heat, który odbył się w poniedziałek, 19 stycznia 2026 roku. Jimmy Butler próbował złapać podanie, ale w trakcie lądowania doszło do „zderzenia z zawodnikiem Golden State Warriors, Davionem Mitchellem” (poprawka na podstawie kontekstu gry Warriors vs. Heat, gdzie Mitchell był w Heat).. I w tym momencie wszystko się zmieniło. Butler wylądował niezdarnie, a jego kolano ugięło się w nienaturalny sposób. Od razu było widać, że to coś poważnego – zawodnik w bólu chwycił się za kolano, a na jego twarzy malował się grymas cierpienia.

    Butlera trzeba było pomóc zejść z parkietu do szatni, a później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Początkowo Warriors podali jedynie suchą informację o 'kontuzji kolana’. Ale już we wtorek rano, jak donosił dziennikarz Shams Charania, mając informacje od swoich źródeł, sprawa była jasna: „Jimmy Butler doznał zerwania więzadła krzyżowego przedniego (ACL) w prawym kolanie, co potwierdziło badanie MRI.”, ale oczekiwania są jednoznaczne – sezon dla Butlera się skończył.

    Dla Warriors to potężny cios. Drużyna z Golden State w tym sezonie nie ma łatwo i właściwie walczy o każdy punkt, o każde zwycięstwo. A Butler był dla nich filarem, zawodnikiem, który w kluczowych momentach potrafił przejąć stery i poprowadzić zespół do zwycięstwa. Jego brak na parkiecie to nie tylko strata punktów i zbiórek, ale przede wszystkim ogromna luka w przywództwie i doświadczeniu. Można sobie zadać pytanie – jak Warriors poradzą sobie bez niego przez resztę sezonu? Odpowiedź nie będzie prosta.

    Co ciekawe, a zarazem przykre, kontuzja wydarzyła się w dość rutynowej sytuacji. Nie było to spektakularne zderzenie czy upadek z dużej wysokości, tylko właśnie takie niefortunne lądowanie po próbie złapania piłki. Właśnie takie momenty są często najgorsze, bo zawodnik nie jest przygotowany na taki ruch, mięśnie nie są napięte w sposób, który mógłby ochronić staw. I niestety, więzadło nie wytrzymało.

    Dla samego Jimmy’ego Butlera to ogromne wyzwanie. ACL to jedna z najpoważniejszych kontuzji, z jaką może się zmierzyć koszykarz. Powrót do pełni sił zajmuje zazwyczaj wiele miesięcy, a proces rehabilitacji jest długi i wymagający. W wieku Butlera, który ma już za sobą wiele sezonów w lidze, każda taka kontuzja jest dodatkowo trudniejsza. Ale trzeba pamiętać, że Butler znany jest ze swojej niezwykłej mentalnej twardości i pracy ethic. Jeśli ktokolwiek jest w stanie wrócić z tego silniejszy, to właśnie on. Choć oczywiście, w tym sezonie już mu się to nie uda.

    A co z Warriors? Cóż, trener Steve Kerr i zarząd klubu muszą teraz szybko przemyśleć strategię. Czy będą szukali zastępstwa na rynku transferowym? Czy może postawią na młodych zawodników z ławki i spróbują przeczekać ten trudny okres? Bez Butlera walka o play-offy, a tym bardziej o wysokie rozstawienie, staje się znacznie trudniejsza. To był ich go-to guy w końcówkach meczów, ich defensive stopper. Takich luk nie zasypuje się łatwo.

    Smutna to wiadomość dla wszystkich fanów NBA, nie tylko dla sympatyków Warriors. Jimmy Butler to jeden z tych zawodników, którzy nadają lidze charakteru – waleczny, nieustępliwy, zawsze gotowy do walki. Jego brak będzie odczuwalny. A dla Warriors ten koszmar, o którym mówiło się od początku sezonu w kontekście ich formy, właśnie przybrał bardzo realny i bolesny kształt. Pozostaje tylko trzymać kciuki za szybki i pełny powrót Butlera do zdrowia. Reszta sezonu zapowiada się jednak dla Golden State wyjątkowo ciężko.

    Źródła

  • Plotki transferowe Warriors: Kuminga na wylocie, Curry pisze historię

    Plotki transferowe Warriors: Kuminga na wylocie, Curry pisze historię

    Golden State Warriors znajdują się w centrum uwagi z powodu doniesień o potencjalnym transferze Jonathana Kumingi oraz historycznego osiągnięcia Stephena Curry’ego. Młody skrzydłowy jest przedmiotem spekulacji, podczas gdy weteran zespołu świętuje kamień milowy w swojej karierze.

    Kluczowe Wnioski

    • Jonathan Kuminga jest obiektem licznych plotek transferowych, z potencjalnymi kierunkami takimi jak Los Angeles Lakers czy Brooklyn Nets.
    • Wartość rynkowa Kumingi jest podobno niska, a niektórzy insiderzy sugerują, że Warriors chcą się go pozbyć.
    • Stephen Curry ustanowił nowy rekord, stając się częścią drugiego najlepiej punktującego duetu ojciec-syn w historii NBA.
    • Kontrowersyjne komentarze Isiaha Thomasa na temat Kumingi i trenera Steve’a Kerra wywołały dyskusję.

    Spekulacje Transferowe Wokół Kumingi

    Jonathan Kuminga, mimo swojego potencjału, jest coraz częściej wymieniany w kontekście transferów. Według doniesień, Golden State Warriors rozważają wymianę, aby wzmocnić skład wokół Stephena Curry’ego. Jednym z potencjalnych kierunków dla Kumingi są Los Angeles Lakers, którzy szukają wzmocnień na pozycjach skrzydłowego i centra. W takim scenariuszu Warriors mogliby otrzymać Rui Hachimurę, Jaxsona Hayesa oraz prawo do zamiany wyboru w drafcie w 2031 roku.

    Inne doniesienia sugerują, że Nets mogliby być zainteresowani Kumingą w zamian za Michaela Portera Jr., który notuje najlepszy sezon w karierze. Jednakże, wartość Kumingi na rynku transferowym jest podobno "na historycznie niskim poziomie". Niektórzy insiderzy twierdzą, że Warriors "nie mogą się doczekać, aż Kuminga opuści budynek", wskazując na jego brak zrozumienia roli w zespole i chęć bycia gwiazdą.

    Historyczny Moment Stephena Curry’ego

    W międzyczasie, Stephen Curry osiągnął kolejny kamień milowy w swojej karierze. Podczas meczu przeciwko Atlanta Hawks, Curry zdobył punkt, który umieścił jego i jego ojca, Della Curry’ego, na drugim miejscu wszech czasów pod względem łącznej liczby punktów zdobytych przez duet ojciec-syn w NBA. Łącznie zdobyli 38 896 punktów. Curry nadal udowadnia, że jest jednym z najlepszych strzelców w historii ligi, mimo że jego indywidualne statystyki w tym sezonie to średnio 28,8 punktu, 3,8 zbiórki i 4,7 asysty.

    Mimo historycznego osiągnięcia Curry’ego, Warriors przegrali z Hawks 124-111, co przerwało ich dobrą passę. Zespół zmagał się z problemami w ataku i stratami piłki.

    Kontrowersyjne Komentarze Isiaha Thomasa

    Dodatkowego smaczku całej sytuacji dodają komentarze Isiaha Thomasa, członka Galerii Sław NBA. Thomas zasugerował, że na miejscu Kumingi "udusiłby trenera" Steve’a Kerra, nawiązując do incydentu z Latrelliem Sprewellem w przeszłości. Thomas pochwalił Kumingę za profesjonalizm, ale jednocześnie zasugerował, że być może powinien "zrobić trochę zamieszania", aby zwrócić na siebie uwagę i poprawić swoją sytuację w zespole. Komentarze te wywołały śmiech wśród prowadzących program, ale jednocześnie podkreśliły frustrację związaną z sytuacją młodego gracza.

    Źródła

  • LeBron James świętuje 23. sezon w NBA specjalną naszywką na koszulce

    LeBron James świętuje 23. sezon w NBA specjalną naszywką na koszulce

    LeBron James, ikona Los Angeles Lakers, rozpoczyna 23. sezon w NBA w wyjątkowy sposób. Od teraz będzie nosił specjalną naszywkę na swojej koszulce, upamiętniającą ten historyczny kamień milowy. Ta unikalna ozdoba podkreśla jego niezwykłą długowieczność i osiągnięcia w lidze.

    Kluczowe Informacje

    • LeBron James nosi specjalną naszywkę na koszulce z okazji swojego 23. sezonu w NBA.
    • Naszywka zawiera napis "23 NBA Seasons" oraz sylwetkę Jamesa wykonującego swój charakterystyczny rzut do góry.
    • Kolorowe paski na naszywce symbolizują trzy drużyny, w których grał: Cleveland Cavaliers, Miami Heat i Los Angeles Lakers.
    • Naszywka została zaprojektowana we współpracy z firmą Topps i będzie usuwana z koszulki po każdym meczu, trafiając do limitowanych kart kolekcjonerskich.
    • Debiut naszywki miał miejsce w Sacramento, mieście, w którym James rozpoczął swoją karierę w 2003 roku.

    Historyczny Moment w NBA

    LeBron James zapisał się na kartach historii NBA jako pierwszy zawodnik, który dotarł do 23. sezonu gry w lidze. Aby uczcić to niezwykłe osiągnięcie, na jego koszulce Los Angeles Lakers pojawiła się specjalna naszywka. Jest to nie tylko symbol jego długowieczności, ale także hołd dla jego wpływu na grę.

    Naszywka, umieszczona w górnej prawej części koszulki, zawiera napis "23 NBA Seasons" oraz charakterystyczną sylwetkę Jamesa wykonującego swój kultowy rytuał rzucania kredy przed meczem. Dodatkowo, kolorowe paski na naszywce nawiązują do barw trzech drużyn, w których James grał w swojej karierze: Cleveland Cavaliers, Miami Heat i Los Angeles Lakers.

    Symbolika i Kolekcjonerska Wartość

    Decyzja o wprowadzeniu naszywki właśnie teraz, a nie na początku sezonu, ma głębokie znaczenie symboliczne. James zadebiutował w NBA w Sacramento przeciwko Sacramento Kings 29 października 2003 roku. Powrót do tego miasta na mecz, podczas którego po raz pierwszy zaprezentował naszywkę, stanowi idealną okazję do uczczenia jego jubileuszu.

    Co więcej, naszywka ma również wartość kolekcjonerską. Po każdym meczu jest ona zdejmowana z koszulki Jamesa, datowana, a następnie wysyłana do firmy Topps. Tam, po uwierzytelnieniu, trafia do limitowanych edycji kart kolekcjonerskich, co czyni każdy mecz z tą naszywką unikalnym przedmiotem dla fanów i kolekcjonerów.

    Statystyki i Przyszłość

    Obecny, 23. sezon Jamesa, choć statystycznie nieco niższy niż jego wcześniejsze lata (średnio 21,9 punktu, 6,9 asysty i 5,6 zbiórki), nadal pokazuje jego kluczową rolę w zespole Lakers, który zajmuje piąte miejsce w Konferencji Zachodniej. Mimo wieku 41 lat, James wciąż prezentuje wysoki poziom gry.

    Przyszłość Jamesa w lidze pozostaje niepewna, a on sam nie podaje konkretnej daty zakończenia kariery. Jednak ta specjalna naszywka jest dowodem na to, że jego wpływ na NBA jest niezaprzeczalny, a każdy kolejny mecz pisze nowy rozdział w jego legendarnej historii.

    Źródła

  • Dennis Schröder Zawieszony na 3 Mecze za Próbę Uderzenia Luki Dončicia

    Dennis Schröder Zawieszony na 3 Mecze za Próbę Uderzenia Luki Dončicia

    Gracz Sacramento Kings, Dennis Schröder, został zawieszony na trzy mecze bez wynagrodzenia przez NBA po incydencie po meczu z Los Angeles Lakers. Zdarzenie miało miejsce 28 grudnia, kiedy to Schröder skonfrontował się z Luką Dončiciem w korytarzu areny, próbując go uderzyć.

    Kluczowe Informacje

    • Dennis Schröder zawieszony na 3 mecze bez wynagrodzenia.
    • Incydent miał miejsce po meczu Kings z Lakers 28 grudnia.
    • Schröder próbował uderzyć Lukę Dončicia w korytarzu.
    • Zawieszenie rozpoczyna się od następnego meczu Kings.

    Szczegóły Incydentu

    Konfrontacja między Dennisem Schröderem a Luką Dončiciem miała miejsce około 40 minut po zakończeniu meczu, w którym Lakers pokonali Kings 125-101. Według doniesień, Dončić prowokował Schrödera podczas meczu, nawiązując do odrzuconej przez niego czteroletniej umowy z Lakers na kwotę 82 milionów dolarów. Po meczu, Schröder opuścił szatnię gości, odnalazł Dončicia w korytarzu i zainicjował konfrontację, zarzucając mu obraźliwe słowa.

    Reakcja Ligi i Konsekwencje

    NBA oficjalnie ogłosiła zawieszenie Schrödera za "konfrontację i próbę uderzenia innego zawodnika". Zawieszenie rozpoczyna się od meczu Kings z Houston Rockets i obejmuje również rewanż z Lakers. Szacuje się, że zawieszenie kosztuje Schrödera blisko 300 000 dolarów.

    Komentarze i Opinie

    Incydent wywołał dyskusję wśród ekspertów. Paul Pierce, legenda NBA, skomentował sytuację, rozumiejąc frustrację Schrödera, gdy poruszono temat jego utraconych zarobków. Podkreślił, że mówienie o czyichś pieniądzach jest bardzo wrażliwym tematem. Schröder sam zdawał się bagatelizować zawieszenie, publikując w mediach społecznościowych słowo "attempting" (próbując), co sugeruje, że nie doszło do fizycznego kontaktu.

    Źródła