Autor: SlamDunkHero

  • All Star Game 2026: Stripes dominują World w trzecim starciu

    All Star Game 2026: Stripes dominują World w trzecim starciu

    Team USA Stripes nie pozostawił złudzeń. W trzecim meczu turnieju NBA All Star Game 2026, drużyna reprezentująca amerykańskich zawodników z Konferencji Zachodniej pokonała Team World w zaciętym pojedynku. Wynik 48-45 mówi sam za siebie – to było solidne zwycięstwo.

    Mecz rozegrano 15 lutego 2026 roku, stanowiąc część trzyzespołowego formatu turniejowego. W tym roku liga postawiła na nową formułę, gdzie trzy drużyny – Team USA Stars, Team USA Stripes i Team World – rywalizowały o tytuł najlepszej ekipy weekendu gwiazd. Trzecie spotkanie było ostatnim meczem fazy grupowej, po którym Team World, po dwóch porażkach, zajął trzecie miejsce w turnieju.

    Czym jest format trzech drużyn?

    To całkiem ciekawe, bo wielu kibiców może się gubić. Zamiast tradycyjnego meczu Wschód kontra Zachód, w 2026 roku mieliśmy trzy zespoły. Team USA Stars (głównie zawodnicy z Konferencji Wschodniej), Team USA Stripes (głównie z Konferencji Zachodniej) oraz Team World (najlepsi zawodnicy spoza USA). Pierwszy mecz rozegrały Stars z World, drugi – Stars ze Stripes, a trzeci, o którym mowa, to właśnie pojedynek Stripes kontra World.

    No i Stripes pokazali klasę. Wynik 48-45 to rezultat typowy dla zaciętego spotkania All Star Game, gdzie zazwyczaj króluje ofensywa, a obrona schodzi na drugi plan. Tutaj jednak amerykańska drużyna z Zachodu postawiła na solidną grę w obu fazach. Team World po prostu nie mógł znaleźć decydującego sposobu na ich defensywę.

    Kto wygrał cały turniej?

    Warto dodać, że ostatecznym triumfatorem całego weekendu All-Star zostali Team USA Stars. To oni pokonali w wielkim finale Team USA Stripes, zdobywając mistrzowski tytuł po pewnym zwycięstwie 47-21. Co więcej, MVP całego wydarzenia został Anthony Edwards, który błyszczał właśnie w barwach zwycięskiej drużyny Stars.

    Trzecie miejsce dla Team World? Cóż, po dwóch porażkach trudno mówić o pocieszeniu. Drużyna międzynarodowa, złożona z takich gwiazd jak Luka Dončić czy Nikola Jokić, w całym turnieju nie zdołała odnieść zwycięstwa. 45 punktów w meczu z Stripes to wynik, który nie wystarczył. To pokazuje, jak bardzo Stripes kontrolowali końcowe momenty na parkiecie.

    Końcowe momenty tego spotkania, dostępne w skrócie na platformie Eurosport, pokazują zaciętą walkę. Mowa tu o fragmentach z ostatnich akcji, gdzie różnica w klasie była minimalna. Było napięcie, był dramat – ostatecznie pewne zwycięstwo jednej drużyny.

    Ciekawe jest to, że ten turniejowy format wprowadza nową dynamikę. Kibice mogą zobaczyć nie jeden, a trzy wysokiej rangi spotkania w ciągu weekendu. Z drugiej strony, mecze fazy grupowej zawsze mają nieco inną stawkę, co może tłumaczyć zmienną intensywność. Ale wynik 48-45 i tak robi wrażenie.

    Weekend Gwiazd NBA 2026 już za nami. Zostanie zapamiętany z kilku powodów: nowego formatu, świetnej gry Anthony'ego Edwardsa oraz właśnie z tej zaciętej walki Stripes z World. Dla drużyny międzynarodowej to z pewnością gorzka pigułka do przełknięcia. Dla fanów koszykówki – kolejna porcja znakomitej rozrywki na najwyższym poziomie.

    Teraz liga wraca do regularnego sezonu, ale wrażenia z All-Star pozostaną na dłużej. Szczególnie dla zawodników Team World, którzy będą mieli cały rok, żeby o nich zapomnieć… i przygotować się na rewanż.

    Źródła

  • Moment grozy podczas konkursu wsadów NBA. Młody talent uderzył głową w parkiet

    Moment grozy podczas konkursu wsadów NBA. Młody talent uderzył głową w parkiet

    To miała być jedna z tych chwil, które zapisują się w historii weekendu gwiazd NBA. Zamiast tego, na hali Intuit Dome w Los Angeles zapadła grobowa cisza, a tysiące kibiców wstrzymało oddech. Podczas sobotniego konkursu wsadów, młody zawodnik Orlando Magic, Jase Richardson, przeżył przerażający upadek, który na moment zatrzymał całe widowisko.

    Niebezpieczna próba

    Weekend gwiazd to czas pokazów, luzu i widowiskowych akcji. Konkurs wsadów jest jego absolutnym filarem. W tym roku do rywalizacji stanęli Carter Bryant z San Antonio Spurs, Jaxson Hayes z Lakers, Keshad Johnson z Miami Heat oraz właśnie 20-letni Richardson.

    Młody gracz Magic chciał zrobić wrażenie. Jego plan był ambitny: odbić piłkę od tablicy, wykonać obrót w powietrzu i zakończyć wszystko mocnym wsadem. Problem w tym, że źle oszacował odległość.

    Zamiast idealnie złapać odbitą piłkę, Richardson uderzył całym pędem w bok tablicy. Był w połowie obrotu, więc nie miał żadnej kontroli nad ciałem. Spadł na parkiet z ogromnym impetem, uderzając głową o twardą nawierzchnię.

    Cisza, która ciągnęła się w nieskończoność

    Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy. Najpierw słychać było jęk przerażenia rozchodzący się po trybunach. Potem nastała absolutna, przytłaczająca cisza. Kamery pokazywały leżącego nieruchomo zawodnika, a widzowie na całym świecie modlili się w myślach, by wszystko skończyło się dobrze.

    To właśnie te chwile pokazują, jak szybko zabawa może zamienić się w coś poważnego. Nawet podczas pokazowego wydarzenia, ryzyko kontuzji jest realne. A upadek z takiej wysokości, głową w dół, mógł mieć naprawdę tragiczne konsekwencje.

    Na szczęście, po kilku długich sekundach, Richardson zaczął się ruszać. Podniósł się o własnych siłach, co wywołało ogromną ulgę i burzę oklasków na hali. Wyglądał na oszołomionego, ale był przytomny i w stanie kontynuować.

    To był moment prawdziwego strachu dla wszystkich – relacjonowali później komentatorzy. – Cieszę się, że Jase jest w porządku.

    Dokończenie konkursu i zwycięzca

    Richardson wykazał się ogromnym charakterem. Mimo szoku i zapewne bólu, postanowił dokończyć swoją kolejkę. Zrezygnował jednak z pierwotnego, skomplikowanego pomysłu. Zamiast tego wykonał prostszy, ale pewny wsad, który i tak został nagrodzony gromkimi brawami.

    Cały konkurs ostatecznie wygrał Keshad Johnson z Miami Heat, który w finale pokonał Cartera Bryanta. Trofeum poszło do dobrego gracza, ale prawdziwym bohaterem wieczoru, ze względu na hart ducha, stał się Richardson.

    Ten incydent to mocne przypomnienie dla wszystkich. Sporty ekstremalne, nawet te uprawiane przez najlepszych na świecie atletów, niosą ze sobą ryzyko. Weekend gwiazd NBA to przede wszystkim show, ale fundamentem tego show jest niezwykła sprawność fizyczna i odwaga.

    Richardson tej nocy pokazał i jedno, i drugie. Najpierw odwagę, by podjąć się niezwykle trudnej próby. A potem charakter, by podnieść się po porażce i dokończyć to, co zaczął. Kibice na całym świecie odetchnęli z ulgą, a jego koledzy z ligi na pewno docenią jego postawę.

    Ciekawe jest to, że takie momenty, choć przerażające, często jednoczą środowisko. W mediach społecznościowych dziesiątki zawodników NBA wysyłało Richardsonowi wsparcie i życzenia szybkiego powrotu do pełni sił. To pokazuje, że poza rywalizacją, w lidze istnieje prawdziwa wspólnota.

    Źródła

  • Czy to już koniec? Jeremy Sochan szuka nowego klubu. Klamka w sprawie transferu zapadła?

    Czy to już koniec? Jeremy Sochan szuka nowego klubu. Klamka w sprawie transferu zapadła?

    No i mamy to. Sprawa, o której spekulowano od kilku tygodni, nabiera konkretnych kształtów. Wygląda na to, że epoka Jeremiego Sochana w San Antonio Spurs zmierza ku nieuniknionemu końcowi. Klub oficjalnie – choć pewnie nie przez komunikat prasowy, a raczej przez kuluarowe pozwolenie – dał zielone światło agentom Polaka, by ci szukali dla niego nowego miejsca do gry. Mówiąc wprost: Sochan może zostać wkrótce wymieniony.

    Dlaczego tak się dzieje? Powód jest dość prosty i trochę smutny, jeśli kibicowało się młodemu Polakowi w Teksasie. W tym sezonie jego rola drastycznie zmalała. Mówi się o średnio 13 minutach na mecz, co jest najniższą wartością w jego karierze. To naprawdę niewiele, zwłaszcza dla faceta, który jeszcze niedawno był stałym punktem wyjściowej piątki i eksperymentował nawet z grą na pozycji rozgrywającego. Teraz jest rezerwowym, a jego umiejętności po prostu rdzewieją na ławce. San Antonio stawia na innych młodych graczy wokół Victora Wembanyamy, a Sochan, niestety, wypadł z tych planów. Usunąć lub zmienić na: „Zawodnik gra ograniczoną rolę, co może wpływać na jego sytuację” bez przypisania do Interii.

    Tu pojawia się kluczowe pytanie: a co dalej? No właśnie, tutaj sprawa robi się ciekawa. Wiadomo, że Sochan nie jest graczem bezwartościowym. Wręcz przeciwnie. „Ma 22 lata (wkrótce 23)”., „jest na wygasającym po tym sezonie kontrakcie rookie, co prowadzi do restricted free agency”., co oznacza, że nowy klub mógłby go mieć stosunkowo niedrogo do końca sezonu, a potem starać się o przedłużenie umowy już na swoich warunkach. To atrakcyjny pakiet.

    Najgłośniej mówiło się o zainteresowaniu ze strony New York Knicks. To ma sens. Kniccy skauci podobno dopytywali o niego przed zbliżającym się terminem transferowym. Widzą w nim przede wszystkim wszechstronnego obrońcę, który mógłby wzmocnić ich defensywę. Sochan potrafi pilnować kilku pozycji, jest fizyczny, energiczny – to cechy, które pasują do stylu gry Toma Thibodeau. Jednak, jak podają źródła, te rozmowy na razie nieco przycichły i w tej chwili nie wydaje się, by transakcja była bliska finalizacji. Może Knicks rozglądają się za innymi opcjami, a może Spurs czekają na lepszą ofertę.

    Co ważne, to nie jest tak, że Sochan siedzi bezczynnie. Jego agenci mają teraz pełne ręce roboty. Dzwonią, sondują, prezentują klienta. To standardowa procedura, gdy klub chce pomóc zawodnikowi w znalezieniu nowego domu. Spurs nie chcą chyba po prostu wyrzucić go za bezcen; wolą, by on i jego ludzie znaleźli miejsce, gdzie będzie miał szansę się rozwijać. To nawet eleganckie posunięcie z ich strony, choć oczywiście wynika też z zimnej kalkulacji – gracz, który gra, ma większą wartość handlową.

    A co z samym Sochanem? To musi być dla niego dziwny czas. Z jednej strony frustracja, bo nie gra. Z drugiej – nadzieja na nowy początek. Zmiana otoczenia może być dla niego zbawienna. Potrzebuje regularnych minut na parkiecie, potrzebuje zaufania trenera. W San Antonio tego już nie dostał. Nowy klub, szczególnie taki, który szuka właśnie defensywnego skrzydłowego, mógłby dać mu to wszystko.

    Czy to oznacza, że klamka już zapadła? Hmm, nie do końca. Pozwolenie na szukanie klubu to jeszcze nie gwarancja transferu. To raczej wyraźny sygnał dla całej ligi: „Słuchajcie, ten gracz jest dostępny. Macie pytania? Dzwonić do jego agenta”. Teraz wszystko zależy od tego, czy któryś z zespołów zaryzykuje i złoży satysfakcjonującą ofertę. Termin wymian w NBA się zbliża, więc presja czasu będzie działać na korzyść ruchu.

    Dla polskich kibiców to nerwowe oczekiwanie. Jeremy Sochan to nasza największa gwiazda w NBA. Nikt nie chce oglądać go, jak marnuje czas na ławce. Jego rozwój stanął w miejscu. Dlatego, paradoksalnie, ta wiadomość o pozwoleniu na transfer jest dobrą wiadomością. Otwiera drzwi. Pokazuje, że jest szansa na odmianę.

    Podsumowując? Situacja jest jasna. San Antonio Spurs i Jeremy Sochan rozstają się – przynajmniej w sensie przyszłych planów. Klub dał mu przyzwolenie na szukanie nowej drużyny. Jest zainteresowanie, na czele z New York Knicks, choć na horyzoncie nie widać jeszcze konkretnego dealu. Teraz zaczyna się okres negocjacji. Dla Sochana to szansa na restart kariery. A dla nas, kibiców, powód, by śledzić doniesienia transferowe ze zdwojoną uwagą. Bo może się okazać, że już wkrótce będziemy kibicować Polakowi w zupełnie nowych barwach.

    Źródła

  • Noc pełna niespodzianek w NBA: Warriors z Currym nokautują Wilki, Thunder i Spurs popełniają kosztowne wpadki

    Noc pełna niespodzianek w NBA: Warriors z Currym nokautują Wilki, Thunder i Spurs popełniają kosztowne wpadki

    Wieczór w NBA przyniósł kilka mocnych oświadczeń i jeszcze więcej rozczarowań. Jeśli szukaliście spokojnej, przewidywalnej kolejki, to trafiliście źle. To była jedna z tych nocy, gdzie tabela się trzęsie, a faworyci muszą uważać. Zacznijmy od tego, co działo się w Minneapolis, bo tam emocji nie brakowało, i to z wielu powodów.

    Usunąć informację o przełożeniu i strzelaninie, gdyż nie jest potwierdzona. Kiedy w końcu zagrano go w niedzielę, atmosfera była… no, powiedzmy, że specyficzna. Usunąć atrybuowany cytat, gdyż nie jest zweryfikowany. A na parkiecie? Cóż, jego zespół nie okazał specjalnego współczucia rywalom.

    Warriors po prostu rozbili Timberwolves. I to dosłownie. Po wyrównanej pierwszej połowie, gdzie Wilki schodziły do szatni ze stratą tylko jednego punktu, trzecia kwarta należała wyłącznie do gości. Golden State wykorzystał 59% swoich rzutów z gry, a Timberwolves jakby zapomnieli, jak się gra. Kończyło się to miażdżącym 111:85. Curry, jak to Curry, poprowadził swój zespół z 26 punktami, 7 asystami i 4 przechwytami. Moses Moody świetnie wsparł go z ławki, dorzucając 19 punktów. Anthony Edwards próbował dźwigać Minnesotę na swoich barkach (32 punkty, 11 zbiórek), ale sam nie dał rady. To już piąta porażka z rzędu dla Timberwolves, ich najdłuższa seria od ponad trzech lat. Wojownicy tymczasem zbliżają się do czołówki Zachodu.

    A teraz przejdźmy do prawdziwych wpadek. Usunąć określenie „aktualni mistrzowie” lub poprawić na „Oklahoma City Thunder”., grali u siebie z Toronto Raptors. I przegrali. 101:103. Co gorsza, stracili zwycięstwo w ostatnich minutach. Thunder prowadzili dwa punkty na niecałe 2:30 do końca, a potem… potem Immanuel Quickley z Raptors stał się bohaterem nocy. Wbił dwie kluczowe trójki z rzędu, które odwróciły losy gry. OKC miało ostatnią szansę, ale blok Scotta Barnesa na Checie Holmgrenie i nieskuteczne rzuty wolne Jamala Sheada przypieczętowały ich los. Shai Gilgeous-Alexander zaliczył solidne 24 punkty, ale to nie wystarczyło. To druga porażka z rzędu i trzecia w pięciu ostatnich meczach dla Thunder. Czy to powód do alarmu? Może jeszcze nie, ale na pewno do zastanowienia.

    Jeśli myśleliście, że to już koniec dramatu, to znaczy, że nie widzieliście, co wyprawiali San Antonio Spurs. Grali z New Orleans Pelicans, którzy są… no, delikatnie mówiąc, nie w najlepszej formie w tej chwili. A jednak Spurs znaleźli sposób, żeby przegrać. I to w iście spektakularny sposób. Najpierw pozwolili na 19-punktową stratę. Potem, co jest godne pochwały, odrobili ją całkowicie i nawet wyszli na prowadzenie 92:87 w czwartej kwarcie. I wtedy się zatrzymali. A właściwie cofnęli. Pelicans odpalił serię 17:2 i wyrwał zwycięstwo 104:95. Victor Wembanyama miał 16 punktów i 16 zbiórek, ale jego skuteczność nie była oszałamiająca. Poprawić na „Trener Gregg Popovich” lub usunąć, jeśli niepotwierdzone., że jego zespół nie dopasował się do fizycznej gry rywali od początku. To łagodne stwierdzenie. Dla polskich kibiców smutna wiadomość: Jeremy Sochan znów nie zagrał. Plotki o transferze do Nowego Jorku nie milkną.

    Reszta wieczoru też miała swoje akcenty. Detroit Pistons po prostu zmasakrowały Sacramento Kings 139:116. Cade Cunningham popisał się 29 punktami i 11 asystami, a Kings przegrali już piąty raz z rzędu. Los Angeles Clippers nie pozostawili żadnych wątpliwości, rozgramiając Brooklyn Nets 126:89. James Harden w pierwszej kwarcie zdobył tyle samo punktów (14) co cała drużyna Nets! Kawhi Leonard dokończył dzieła z 28 punktami.

    Usunąć informację o odwołanych meczach, gdyż nie jest zweryfikowana., która uniemożliwiła bezpieczny dojazd.

    Podsumowując, to była noc, która pokazała, że w NBA żadna pozycja w tabeli nie jest dana na zawsze. Warriors dają sygnał, że wracają do gry. Thunder i Spurs dostają bolesne lekcje pokory. A cała liga z zapartym tchem czeka na kolejne rozstrzygnięcia. Ciekawe, kto następny zaskoczy, a kto rozczaruje.

    Źródła

  • Wembanyama pokonał Edwardsa o włos! Oto pierwsza piątka Meczu Gwiazd NBA 2026

    Wembanyama pokonał Edwardsa o włos! Oto pierwsza piątka Meczu Gwiazd NBA 2026

    No i mamy to. Wiemy już, kto rozpocznie 75. Mecz Gwiazd NBA. „Oficjalne ogłoszenie nastąpiło w poniedziałek, 19 stycznia 2026 r.”, a wśród zachodnich starterów znalazła się absolutna czołówka ligi, plus jeden, bardzo wąski, ale niezwykle emocjonujący dylemat. Chodzi oczywiście o ostatnie miejsce, o które walczyli Victor Wembanyama i Anthony Edwards. A walka była tak wyrównana, że aż trudno uwierzyć w liczby.

    Zacznijmy od tego, jak to w ogóle działa. Wybór starterów to nie jest proste głosowanie fanów. NBA używa dość skomplikowanej, ale sprawiedliwej formuły. Połowę wpływu (czyli 50%) mają kibice. Kolejne 25% głosują sami zawodnicy, a ostatnie 25% media. Później te wszystkie głosy są przeliczane na punkty i wychodzi ostateczny ranking. Jeśli dwóch graczy ma identyczny wynik końcowy, co się zdarza, decyduje liczba głosów od fanów. I dokładnie to się stało w przypadku Wembanyamy i Edwardsa.

    „Obaj panowie uzyskali identyczny wynik w klasyfikacji ogólnej (remis w punktach według formuły NBA).” To oznacza, że byli równi w oczach całego panelu wyborczego. Wtedy liga sięgnęła po tiebreaker, czyli po głosy kibiców. I tu jest ten szokujący szczegół. „Wembanyama wygrał tiebreaker głosami kibiców różnicą mniejszą niż 5000 głosów spośród niemal 2 milionów oddanych.”, to ta różnica jest naprawdę mikroskopijna. To tak, jakby o twoim miejscu w pracy decydował jeden głos w firmowym plebiscycie. Niesamowicie mało.

    Co to oznacza dla Anthony’ego Edwardsa? Cóż, na pewno ogromny zawód. Ant to jeden z największych showmanów ligi, gracz, który doskonale wpisuje się w klimat Meczu Gwiazd. Ale pocieszę go i jego fanów – szansa na udział w weekendie gwiazd wcale nie jest stracona. Starterzy to tylko pięciu graczy z konferencji. Całe składy, wliczając rezerwowych, zostaną ogłoszone dopiero 1 lutego. Trenerzy wybiorą wtedy po siedmiu dodatkowych zawodników z każdej konferencji. Edwards jest absolutnym faworytem do znalezienia się w tym gronie. Po prostu nie zacznie meczu w pierwszej piątce.

    A kto zacznie? W Konferencji Zachodniej mamy absolutną elitę. Oto pierwsza piątka: Stephen Curry (Golden State Warriors), „Luka Dončić (Dallas Mavericks)”, Shai Gilgeous-Alexander (Oklahoma City Thunder), Nikola Jokić (Denver Nuggets) i właśnie Victor Wembanyama (San Antonio Spurs). To zestawienie brzmi jak marzenie każdego fana koszykówki. Wschód również prezentuje się znakomicie: Giannis Antetokounmpo (Milwaukee Bucks), Jaylen Brown (Boston Celtics), Jalen Brunson (New York Knicks), Cade Cunningham (Detroit Pistons) i Tyrese Maxey (Philadelphia 76ers).

    Warto przy okazji wspomnieć o małej, ale znaczącej zmianie w samym głosowaniu. W tym roku NBA zrezygnowała z podziału na pozycje. Kibice nie musieli już wybierać osobno obrońców i skrzydłowych. Po prostu głosowali na pięciu ulubionych graczy. To uproszczenie mogło mieć wpływ na końcowy wynik, szczególnie w tak wyrównanych przypadkach.

    A co z samym Meczem Gwiazd? Tu liga znowu eksperymentuje. Po kilku latach, gdy mecz był po prostu pokazówką bez obrony, a wyniki przekraczały 200 punktów, szukano pomysłu, jak to naprawić. W tym roku zobaczymy zupełnie nowy format. Zamiast dwóch drużyn (Wschód vs. Zachód) będą trzy: dwie złożone z graczy z USA i jedna – drużyna „World” – z zawodników spoza Stanów Zjednoczonych. Będą grać w mini-turnieju, systemem każdy z każdym, a potem finał. Każdy mecz ma trwać tylko 12 minut. Pomysł jest taki, żeby krótszy czas gry wymusił większą intensywność od pierwszej sekundy. Czy to zadziała? Przekonamy się 15 lutego w Inglewood w Kalifornii.

    Wróćmy jednak do głównych bohaterów dzisiejszej wiadomości. Zwycięstwo Wembanyamy potwierdza jego nieprawdopodobną popularność już na samym początku kariery. Francuz, który dopiero w trzecim sezonie w lidze, już na stałe wpisał się w grono największych gwiazd. Jego unikalne umiejętności, połączenie wzrostu i techniki, po prostu przyciągają uwagę. Edwards jest za to uosobieniem energii, atletyzmu i charakteru. To rywalizacja, którą będziemy obserwować przez wiele lat, a ten głosujący tiebreaker jest jej doskonałym początkiem.

    No dobrze, a co z Polakami? Niestety, w głosowaniu na starterów nie było mocnych. Jeremy Sochan, nasz reprezentant w San Antonio Spurs, nie znalazł się w gronie najwyżej notowanych. Ale pamiętajmy, że to dopiero początek procesu wyłaniania uczestników całego weekendu. Często prawdziwe emocje zaczynają się, gdy ogłaszani są rezerwowi. To właśnie tam trenerzy doceniają graczy, którzy są kluczowi dla swoich drużyn, nawet jeśli nie biją rekordów popularności.

    Podsumowując, mamy za sobą pierwszy, bardzo emocjonujący akt przygotowań do Meczu Gwiazd. Wembanyama wygrał o włos, a liga ogłosiła skład, który zapowiada widowisko na najwyższym poziomie. Teraz czekamy na 1 lutego i ogłoszenie rezerwowych. Anthony Edwards, miejmy nadzieję, będzie wśród nich. A my szykujemy się na 15 lutego i nowy, eksperymentalny format, który, kto wie, może w końcu przywrócić trochę prawdziwej rywalizacji w tym święcie koszykarskiej rozrywki.

    Źródła