Kompromitacja Nets w Nowym Jorku: Knicks zaaplikowali bolesną lekcję pokory

Dynamiczna scena koszykówki z logo NBA

No i stało się. W pierwszych derbach Nowego Jorku w tym roku, które rozegrano w Madison Square Garden, doszło do prawdziwej masakry. Brooklyn Nets odwiedzili swoich sąsiadów z Manhattanu i dostali taką lekcję pokory, że jeszcze długo będą ją pamiętać. New York Knicks wygrali aż 120:66, a ta różnica 54 punktów to najwyższe zwycięstwo w całej historii organizacji Knicks. To nie jest po prostu porażka. To jest kompromitacja.

Knicks wchodzili w ten mecz ze sporym bagażem. Mieli za sobą cztery porażki z rzędu i fatalny bilans 2-9 w ostatnich jedenastu spotkaniach. Presja rosła, a lider zespołu Jalen Brunson podobno zwołał nawet zamknięte spotkanie tylko dla zawodników. Mówił podobno, że czas przestać patrzeć na trenerów i wziąć odpowiedzialność na siebie. I wiecie co? Ta rozmowa najwyraźniej zadziałała. Chociaż, żeby być uczciwym, mieli też bardzo wygodnego rywala.

Nets prowadzili w tym meczu tylko raz, i to przez dosłownie chwilę. Było 6:4 dla nich po trójce Egora Demina. I to właściwie wszystko, jeśli chodzi o ich przewagi. Potem Knicks po prostu przejęli kontrolę. Pod koniec pierwszej kwarty prowadzili już o 18 punktów. Druga część była trochę bardziej wyrównana, ale po przerwie Knicks znowu ruszyli z kopyta. Trzecią i czwartą kwartę wygrali łącznie 60 do 28. Wyobrażacie to? W drugiej połowie Nets zdobyli zaledwie 28 punktów. To jest wynik, który trudno nawet skomentować.

Statystyki Nets są po prostu przerażające. Jako zespół trafili tylko 29% rzutów z gry. Z dystansu trójpunktowego poszło im niewiele lepiej – 28%. Po drugiej stronie Knicks mieli 57% skuteczności z pola i 50% za trzy. To jest przepaść klasowa. Mikal Bridges przeciwko swojej byłej drużynie zdobył tylko 11 punktów. Nicolas Claxton, który kiedyś chełpił się, że czuje się dobrze w derbach, bo chyba nigdy z Knicks nie przegrał, teraz może już tego nie powiedzieć. Od tamtej deklaracji przegrał z nimi podobno już 13 razy. Dzisiaj zdobył zaledwie cztery punkty.

Co ciekawe, Nets przez lata dominowali w tych derbach. Mieli nawet serię dziewięciu zwycięstw z rzędu, ale to była era Kevina Duranta. Od czasu jego transferu nie wygrali z Knicks ani razu. Ostatnie ich zwycięstwo miało miejsce prawie dwa lata temu, kiedy to w barwach Brooklynu grał jeszcze Kyrie Irving. Od tamtej pory Knicks całkowicie odwrócili sytuację.

Dla Knicks ten mecz to była czysta przyjemność. Brunson, choć nie rzucał najwięcej, spokojnie poprowadził zespół do zwycięstwa, zdobywając 20 punktów. Karl-Anthony Towns, o którym ostatnio krążyły plotki transferowe, zagrał bardzo przyzwoicie, notując 14 punktów i osiem zbiórek. Prawdziwą gwiazdą ławki okazał się jednak Landry Shamet, który w zaledwie 15 minut gry trafił sześć trójek z sześciu prób, kończąc z 18 punktami. To właśnie taki mecz, w którym wszystko się udaje.

A co z Nets? Cóż, ta porażka idealnie wpisuje się w ich ostatni trend. W dziewięciu z ostatnich dziesięciu meczów przeciwko Knicks nie udało im się przekroczyć nawet bariery 107,5 punktu. Tym razem spadli znacznie niżej. 66 punktów w całym spotkaniu to poziom, który trudno znaleźć w jakimkolwiek profesjonalnym koszykówce. To była największa lekcja pokory, jaką dostali w tym sezonie, jak napisano w relacji.

Podsumowując, Knicks nie tylko przełamali złą passę. Zrobili to z ogromnym przytupem, ustanawiając historyczny rekord i przypominając całemu miastu, kto teraz rządzi w Nowym Jorku. Dla Nets to musiał być koszmar. Pytanie tylko, jak odbiją się od dna po takiej kompromitacji. Na pewno nie będzie to łatwe.

Źródła

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *